Historie z Czarnobyla. Moja opowieść.

PATRYK

My, trzydziestoletni dziś Polacy, żyjemy w cieniu wydarzeń z kwietnia 1986 roku. W dzieciństwie przyjmowaliśmy Płyn Lugola, który okazał się zresztą masowym oszustwem, placebo o efekcie uspokajającym. Zawsze słyszeliśmy o kimś, kto w Czarnobylu był, w gazetach pojawiały się od czasu do czasu jakieś artykuły, zdjęcia, wspomnienia świadków. Potem nastąpił czas gry komputerowej „Stalker” i mitologizacja wydarzeń z kwietnia ’86. Historia zamieniła się w legendę. Aż w końcu i ja poczułem zew Prypeci, przeczytałem „Piknik na skraju drogi”, spakowałem się i pojechałem na Ukrainę.

Miałem jasny cel – odnaleźć mieszkanie Swietłany Szynkarenko, przyjaciółki mojej mamy, która mieszkała w Prypeci i została stamtąd ewakuowana trzy dekady temu. Dostałem adres, mapkę, kilka wskazówek, wystarczyło dotrzeć do miejsca przeznaczenia.

W Prypeci nie byłem sam, podróżowałem z grupą 11 osób z całej Polski, przedstawiłem im mój plan, zgodzili się pomóc i towarzyszyć mi w poszukiwaniach. Poruszanie się po opuszczonym i zarośniętym mieście nie jest jednak łatwe, tabliczki z adresami dawno zardzewiały i przegniły, a na ulicy nie ma kogo zapytać o drogę. Zresztą jestem mężczyzną, a mężczyźni o drogę nie pytają.

Ulica Łesi Ukrainki 1A/35. Pierwszy problem pojawił się, gdy okazało się, że mapa i adres nie pokazują tego samego miejsca. Wg podanego adresu dom Swietłany znajdował się w Dzielnicy Pierwszej, według mapy – w bliźniaczym wieżowcu nr 35 w Dzielnicy Drugiej. Wchodzenie do budynków w Prypeci jest zakazane, dlatego wiedzieliśmy, że nie mamy czasu i będzie tylko jedno podejście. Trzeba było zdecydować czy Swietłana podała nam dobry adres, czy dobrze rozrysowała mapę. Uznaliśmy jednak, że po 30 latach łatwiej pamiętać nazwę ulicy i numer mieszkania niż układ sąsiednich bloków, dlatego zaparkowaliśmy między drzewami w Dzielnicy Pierwszej i cichym krokiem weszliśmy do bloku nr 1A.

Wspinaczka na 9 piętro zajęła mi kilkanaście minut. Poprosiłem moich kompanów, by pozwolili mi wejść do mieszkania pierwszemu i przez chwile nie zakłócali spokoju. Chciałem sfotografować to miejsce takie, jakie zastanę w momencie mojego wejścia, nienaruszone przez nikogo od lat.

Kolejny problem pojawił się przy drzwiach. Troje drzwi na piętrze, jedno oznaczone jako 34, kolejne jako 36 i następne… bez numeru. Numeracja pięter na Ukrainie również jest inna niż u nas, parter liczony jest jako pierwsze piętro, więc wciąż nie byłem pewny, czy znalazłem właściwe mieszkanie, czy nie powinienem szukać piętro wyżej lub niżej. Czas gonił. Wszedłem do mieszkania bez numeru.

Swietłana opowiedziała mi historię podpisu na ścianie. Jej mąż pracując w Prypeci jako dozymetrysta jeszcze kilka lat po katastrofie, odwiedzał swoje dawne mieszkanie i pewnego dnia podpisał się długopisem na ścianie dużego pokoju. Przez kilkadziesiąt lat tapety poodklejały się i zgniły, farba złuszczyła i odpadła. Szanse na znalezienie podpisu były marne, ale był to jedyny trop jaki ostatecznie udowodniłby mi, że trafiłem we właściwe miejsce.

W ciszy pustego, chłodnego mieszkania stanąłem jak wryty, ciarki przeszły mnie po ciele. Miasto Prypiat, Władimir Szynarenko. Podpis na ścianie, złożony na farbie, pękł dokładnie w połowie. Czułem się jak archeolog, który natrafił na wartościowe znalezisko, wskazówkę istnienia innego człowieka sprzed lat. Symbolizm pęknięcia sprawił, że drżałem. Zrobiłem zdjęcie, rozpocząłem kolejny etap historii miasta, stworzyłem kolejną opowieść z Prypeci.

EKSPLORATORZY

„Chcę iść do wojska” – mówiła Zuza – „ale nie na oficera. Chcę być szeregowym, chcę tego wszystkiego”. Zafascynowana Wschodem osiemnastolatka przyjechała do Prypeci tuż przed maturą. Życiową chwilę przeżyła, gdy Olga Juszczenko, staruszka mieszkająca samotnie we wsi Łubianki podarowała jej gałązkę kaliny. Zuza stała się historią dziedzictwa osiemdziesięcioletniej Ukrainki.

*

Damian, maszynista z Podlasia, młody inżynier, w Prypeci po raz drugi. „Skoro nie ma koncepcji, to jest antykoncepcja” – komentował nasze braki planów. Damian przywiózł ze sobą stary dozymetr polskiej produkcji z 1985 roku. Z Polski można go było wywieźć, bo jeszcze nie był traktowany jako antyk, na Ukrainie różnie mogło się skończyć. Damian wciąż wraca do Zony i staje się jej nieodłączną częścią.

*

Krystian. Gdy wjeżdżał z nami do Strefy Bezwzględnego Wykluczenia w sierpniu 2016 roku, była to dla niego 25-ta wyprawa w to miejsce. Na mapie Prypeci odznaczał budynki, na których dachu już był. „Mam ich kilkadziesiąt. Życia mi nie starczy by zobaczyć wszystkie”.

*

Iza oraz Kuba, para fotografów z Pomorza. Kuba wykonał tysiące zdjęć, ale jedno z nich sprawiło, że stał się częścią historii Zony – zdjęcie uśmiechniętej Pani Olgi, które otrzymała później od Krystiana i które dziś stoi na stole w jej domu. Jedno naciśnięcie spustu, jedna historia.

*

Marcin, doświadczony przez życie kierowca ciężarówki z Wielkopolski. „Wszyscy znajomi jeżdżą na wakacje do Grecji, Hiszpanii, gdzieś nad morze. Ja chciałem przyjechać tutaj”. Intensywnie przeżył swoich kilka dni w Strefie.

*

„Arnold Schwarzenegger do dziś musi ćwiczyć by utrzymać formę, Bruce Lee nie musiałby”. Kacper trenował kalistenikę, rodzaj ćwiczeń z wykorzystaniem jedynie ciężaru własnego ciała. Na szczycie radaru Duga-2 wykonał tzw. „ludzką flagę”, prawdopodobnie jako jedyny człowiek w historii.

*

Wiatr trząsł przerdzewiałą konstrukcją Oka Moskwy, czubki drzew widoczne kilkanaście metrów poniżej szumiały łagodnie, ciszę prypeckich lasów przerywały jedynie pozrywane kable, które obijały się o metalowe elementy radaru. Kilkadziesiąt metrów nad ziemią podziwiali niezwykły krajobraz skażonej i opuszczonej Strefy. Tomek przykląkł, spojrzał Agnieszce prosto w oczy – „Wyjdziesz za mnie?”.

*

Choć Prypeć to głównie przestrzeń, to dla mnie istnieje przede wszystkim jako ludzie. Opuszczone od trzech dekad miasto to dziesiątki tysięcy opowieści o ludzkich istnieniach. Cieszę, że dziś tworzę jedną z nich.

Eksploratorzy

Eksploratorzy

CZYTAJ WIĘCEJ:

2 komentarze

  1. W Czarnobylu byłam w połowie lipca. Niesamowite miejsce, pełne historii. Najbardziej zaskakuje mnie tam jednak natura – ona potrafi wygrać ze wszystkim!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *