Laos. Szukając szczęścia.

Po wielu miesiącach pracy, popadania w rutynę i życiową monotonię znów potrzebowałem bodźca do wyrwania się z pętli codzienności, która coraz mocniej i mocniej zaciskała się na mojej szyi. Azja miała mnie oczyścić i uwolnić. Wciąż podróżowałem, ale trafniej byłoby użyć słowa wyjeżdżałem. Odwiedzałem piękne miejsca, przeżywałem piękne chwile, ale za każdym razem więziła mnie świadomość ograniczenia czasowego. Także lecąc do Azji bilet miałem w dwie strony i wyraźnie wyznaczoną datę powrotu do pracy, ale tym razem miało być inaczej. W Laosie chciałem odnaleźć te emocje, które pozwalają zapomnieć o troskach, które spowalniają czas i wypełniają serce błogim uczuciem spełnienia.

*

Bangkok przeżyłem szybko i intensywnie. Fascynowało mnie to miasto. Wiedziałem, że może ze mną zrobić to, co kilka lat wcześniej uczynił Mumbaj – przeżuć, przetrawić i wypluć, oczyścić jednak z brudu niespokojnych myśli, jednym słowem – wyzwolić.

Staruszka z Luangprabang

Staruszka z Luangprabang

Bangkok. Wymiociny świata. Magnes na całe kurewstwo naszej planety. Widziałem pijane nastoletnie prostytutki wymiotujące na ulicy. Starych Europejczyków, którzy dewiacje wypisane mieli na twarzach. Białe kobiety walczące o uwagę z azjatyckimi paniami lekkich obyczajów. Widziałem młodych chłopców z Europy, wciąż na tyle nieśmiałych, że nie potrafili rozmawiać z kobietami, nawet tymi, którym wcześniej zapłacili za seks. Mężczyźni, kobiety – wszystko na sprzedaż. Im późniejsza robi się godzina, tym mniej widać młodych, ładnych dziewcząt, a na ulicach pojawiają się starsze Azjatki oraz Afrykanki. Wystarczyło, że obok nich przechodziłem. Ich dłonie dotykały moich ramion, klatki i ud. Zapraszały do siebie.

Około 5 nad ranem wszystko zaczyna powoli znikać, a na ulice razem ze słońcem wraca codzienność, udając, że nocą nic się nie działo. Sklepikarze otwierają swoje stragany, zamiatają ulice, czekają na pierwszych klientów. Noc spłynęła z ulic razem ze ściekami. Tylko wąskie uliczki pomiędzy budynkami wciąż śmierdzieć będą schnącym moczem i wymiocinami.

*

Do Vientiane wyjeżdżałem samotny. Granicę na Moście Przyjaźni przekroczyłem o poranku, dając się po drodze oszukać przy załatwianiu wizy. Stolica Laosu nie ma absolutnie nic do zaoferowania poza kilkoma lokalami, które prowadzone przez Europejczyków próbują nadać miastu nowoczesny charakter. Wieczorami chadzałem nad rzekę Mekong by podziwiać pomarańczowo-szare zachody słońca oraz oglądać towary wystawione pod czerwonymi namiotami nocnego, przybrzeżnego bazaru. Czekałem aż coś się wydarzy, coś dzięki czemu zapomnę o dacie powrotu.

Dni w Vientiane minęły szybko i nieciekawie, przeczekałem je leżąc na hotelowym łóżku, obserwując kręcący mi się nad głową wentylator. Mijały sekundy, minuty, godziny, a ja coraz bardziej zapadałem we własną świadomość. Samotna podróż pozwala wejść głęboko w siebie, odnaleźć swoje demony i zwalczyć je. Lub dać się im pożreć.

*

Nocny bufet w Luangprabang

Nocny bufet w Luangprabang

Z ulgą wsiadałem do nocnego autobusu do Luangprabang. W dawnej stolicy Laosu przywitać miałem buddyjski nowy rok oraz zobaczyć wodne bitwy na ulicach, takie jakie u nas toczy się w Śmigus Dyngus. Pierwszy bodziec do zmian dotknął mnie właśnie w autobusie, jeszcze zanim wyruszyliśmy. Młody chłopak z długimi włosami zajmujący miejsce obok mnie zaczepił mnie pytaniem ile zapłaciłem za bilet. „Nie martw się, oszukali nas obu” – odpowiedziałem z uśmiechem. Frank przypominał mi Ulryka, którego poznałem kilka lat wcześniej w Nepalu, a z którym zaprzyjaźniłem się niezwykle mocno. Frank de Kok pochodzi z Holandii, powiedział mi, że ma w Luangprabang zarezerwowany nocleg, więc razem z nim udałem się do pensjonatu. Tak wspólnie spędziliśmy kilka dni jedząc, pijąc i rozmawiając.

W podróży przyjaźnie zawiązują się szybko i intensywnie. Zwłaszcza gdy jest się samemu. Potrzeba kontaktu z drugim człowiekiem oraz świadomość, że nowo poznana osoba nie zdradzi twoich tajemnic, pozwala łatwiej zrzucić je z serca. Brzemię dzielenia sekretów zawiązuje silną więź, cementuje znajomość, która ze wspólnego podróżowania przeradza się w intensywne przeżywanie swojego życia. W ten sposób kreuje się najpiękniejsze wspomnienia.

*

W Luangprabang zwiedziłem wiele pięknych świątyń, rozmawiałem z buddyjskimi mnichami, spacerowałem w deszczu. I podobnie jak kilka lat wcześniej suchy, pustynny wiatr Indii oczyszczał mnie po Mumbaju, tak teraz spokojny, cichy deszcz północnego Laosu powoli zmywał ze mnie obrzydzenie Bangkokiem.

Kham Pan

Kham Pan

Pewnego dnia zmusiłem się by wstać przed świtem i obejrzeć poranny spacer mnichów. Przed 6 rano mnisi i nowicjusze chodzą ulicami miasta i zbierają od mieszkańców żywność, głównie ryż, który następnie będą jeść na śniadanie. Mnisi nie posiadają nic i nie mogą samodzielnie przygotowywać posiłków, dlatego codziennie rano powtarzają ten obrządek, by móc spożyć skromne śniadanie.

Kham Pan, mnich z Vientiane, opowiedział mi sporo na temat Laosu oraz buddyzmu. Obraz mnichów, medytujących mędrców, którzy posiedli mądrość kosmosu, jest całkowicie błędny. Mnisi to przede wszystkim młodzi mężczyźni, którzy przez rok lub dwa żyją w klasztorach, w tym czasie studiują, a po służbie szukają normalnej pracy. Można oczywiście zostać mnichem na całe życie, wiąże się to jednak z wieloma wyrzeczeniami. Mnichami na zawsze często zostają dzieci z biedniejszych, wielodzietnych rodzin. Te, na edukację których rodziców nie stać, a dla których pracy w domu już po prostu nie starczy. Wówczas w młodym wieku oddawane są one do klasztoru, gdzie zapewniony mają wikt i opierunek, gdzie również oprócz studiów nad buddyzmem mogą udać się do normalnej szkoły. Dawno temu istniały również kobiety-mnisi, miały jednak dużo więcej „przykazań” (mężczyźni posiadają ich ok 270, kobiety miały ponad 300), którymi musiały kierować się w życiu codziennym, zakazano więc kobietom wstępowanie do klasztorów argumentując to właśnie zbyt dużą liczbą ograniczeń. Dziś kobiety w białych szatach, z obciętymi krótko włosami służą mnichom pomocą fizyczną, sprzątając święte przybytki czy przygotowując mężczyznom jedzenie. Nie są to jednak mniszki.

Każdego miesiąca w czasie pełni księżyca mnisi mają obowiązek zgolić wszystkie włosy na swoim ciele. Ich ubiór wskazuje także czy dana osoba jest mnichem, czy dopiero adeptem – młodzieńcy z przewieszoną przez ramię niebieską szarfą oraz szatą związaną w pasie to adepci, ci w luźniejszych, pomarańczowych lub bordowych szatach to pełnoprawni mnisi.

Poranny marsz

Poranny marsz

O 5 nad ranem krążyłem z aparatem między zaspanymi chłopcami, którym mieszkańcy miasta wrzucali do koszów lepki ryż oraz małe paczuszki z jedzeniem. W samym Luangbrabang dary są tak hojne, że na kilku skrzyżowaniach stoją mężczyźni, którzy odbierają od mnichów jedzenie, by przekazać je biednym, ponieważ sami mnisi są w stanie wypełnić swoje kosze kilkukrotnie podczas jednego porannego marszu, jednocześnie nie mogą odmówić przyjęcia podarku od Laotańczyków, którzy klęcząc czekają na swoich przywódców duchowych na każdym chodniku.

Laos zaskoczył mnie swoją komercjalizacją oraz masową turystyką. Podczas porannego marszu spodziewałem się niewielu osób, natomiast na głównej ulicy miasta stały tłumy turystów z Europy i Ameryki czekając z aparatami, nie raz wchodząc mnichom w drogę lub naprawdę bezczelnie przykładając obiektywy do ich twarzy. Widziałem wówczas, że nawet buddyjski mnich, oaza spokoju i wewnętrznej równowagi, może się poirytować.

*

Dzieci dzielą się na czyste i szczęśliwe

Dzieci dzielą się na czyste i szczęśliwe

W Luangprabang świętowałem ostatni dzień roku 2560. Robi się to polewając wzajemnie wodą. Czyli mimo, że byłem na drugim końcu świata, to i tak obchodziłem tam Śmigus Dyngus, który mniej więcej w tym samym czasie trwał w Polsce. Drugi dzień obchodów nie należy ani do starego, ani do nowego roku, a następny rozpoczyna kolejny rok – w naszym 2017 był to 2561 laotański. Tradycja oblewania wodą wzięła się od mycia posągów Buddy. Użyta do tego celu woda, jako poświęcona, mogła zostać użyta do błogosławieństwa. Tradycja z czasem rozrosła się, a mieszkańcy miast i wiosek wystawiają przed domy beczki i napełniają je wodą by przechodnie mogli napełniać swoją „broń” i celebrować nowy rok na całego. Choć główne święto trwa jedynie trzy dni, to w mniejszych wsiach, gdzie jest po prostu mniej pracy, świętowanie, polegające głównie na piciu i jedzeniu, trwa siedem, a nawet dziesięć dni.

*

Adept

Adept

Z Frankiem wynajęliśmy skutery. W Laosie nikogo nie interesowało czy mam jakiekolwiek uprawnienia do takiego pojazdu, czy w ogóle mam prawo jazdy i czy faktycznie potrafię tym jeździć. A nie potrafiłem. Wyjechanie z miasta było dla mnie niezwykle ciężkie i dopiero na wiejskich dróżkach opanowałem skręcanie w lewo. Pojechaliśmy do wodospadu Kuang Si, cudu natury, którego błękitne wody wyrzeźbiły w skale niezwykłe „baseny”. Przy jednym z nich rosło drzewo, z którego gałęzi można było skoczyć około trzech metrów w dół do wody. Stała tam długa kolejka, która powiększyła się jeszcze bardziej, gdy na gałąź weszła pewna blond Amerykanka, o nieco większych rozmiarach. Miała wyraźne problemy ze złapaniem równowagi i przerażona wspinała się po drzewie, dość długo zbierając w sobie odwagę. Po dziesięciu minutach oczy wszystkich skierowane były na nią, grupa turystów z Japonii stanęła nad brzegiem stawiku i wymierzyła w dziewczynę swoje obiektywy. Nie ukrywam, że większość z nas spodziewała się raczej pośliźnięcia i upadku niż faktycznego skoku. Tym głośniej biliśmy brawo, gdy dziewczyna wzbiła się w powietrze i poszybowała niczym pelikan na końcu tworząc wokół siebie ogromną fontannę wody.

Wodospad Kuang Si

Wodospad Kuang Si

Podróżowanie z plecakiem niesie ze sobą wiele korzyści. W hostelach zdobywa się nietypową wiedzę o okolicy, dzięki innym eksploratorom udało mi się w życiu zobaczyć wiele niecodziennych miejsc, które wciąż omija turystyka masowa. I tym razem dowiedzieliśmy się, że przy wodospadzie znajduje się „sekretny basen”, wyżej nad wodospadem należy skręcić w prawo, potem pod bambusowym płotem wejść na skraj wodospadu aż dotrze się do stawu, którego nie widać ani z dołu, ani z góry. Oczywiście postawiliśmy sobie to jako wyzwanie i z Frankiem spędziliśmy około trzech godzin szukając „sekretnego basenu”, który okazał się tak tajemniczy, że wiedzieli o nim tam wszyscy mijani przez nas turyści. „Wiecie gdzie jest sekretny basen?” – „Tak, musicie podejść dziesięć metrów w górę i skręcić w lewo”. Sam basen udało nam się namierzyć, jednak przebiegli Laotańczycy postawili w końcu przy nim strażnika, która cofa wszystkich awanturników pragnących zaznać spokoju z dala od tłumu. Sam fakt odkrycia sekretu wystarczył nam jednak i wracaliśmy do miasta zadowoleni.

*

Przygoda trwała, jednak w dalszym ciągu miałem świadomość mijającego czasu. Każdego dnia wiedziałem jaki dziś mamy dzień, wciąż odliczałem dni do powrotu. Nasze drogi z Frankiem rozeszły się szybko. Dwie młode dziewczyny z Kanady były dla niego lepszym towarzystwem niż łysiejący trzydziestolatek z Polski. Wraz z nimi pojechał do Vang Vieng, ja natomiast wyruszyłem na północ, do wioski Nong Khiew, o której dowiedziałem się właśnie od innych plecakowiczów, a które to miasteczko ostatecznie okazało się moim wyzwoleniem.

Moung Noi

Moung Noi

Na stacji w Luangprabang czekała na mnie grupa podróżnych. Autobusik odjedzie dopiero, gdy zbierze się pełna liczba pasażerów, dlatego przywitano mnie oklaskami – kolejna osoba oznacza krótsze oczekiwanie na odjazd. Pod wiatą wraz ze mną siedzieli Aina z Hiszpanii oraz Rino z Włoch, małżeństwo, które właśnie spędzało w Azji swoją podróż poślubną; Rebecah z Anglii oraz Steve z USA, Ben z Australii, a także mało sympatyczna Brytyjka, która szybko się od nas odcięła, o tak dziwnym imieniu, że dziś go po prostu nie pamiętam. W busiku okazało się, że nikt z nas nie ma zarezerwowanego noclegu, więc ustaliliśmy, że znajdziemy hotelik wspólnie, wówczas na pewno uda się wytargować niższą cenę.

W drodze z Luangprabang do Nong Khiew zepsuł nam się busik. Mieszkańcy przyjęli nas bardzo gościnnie, poczęstowali jedzeniem, a dzieci szybko podbiegły do nas by pokazać kto tu rządzi i oblały nas wodą. Wspólne problemy zbliżyły nas już na początku znajomości. Po kilku godzinach postoju udało się auto znów uruchomić i w końcu dotarliśmy do celu naszej podróży.

*

Na miejscu wynajęliśmy bungalowy nad rzeką i rozpoczęliśmy czas, który każdy z nas zapamięta do końca życia. Każdy z nas w podróży szukał przede wszystkim spokoju i wyciszenia, myślę, że to właśnie dlatego tak dobrze się dogadywaliśmy. Nikomu się nie spieszyło, nikt na siłę nie chciał oglądać wszystkich miejscowych atrakcji. Z Ainą i Rino wynajęliśmy rowery by zobaczyć tutejsze jaskinie, które w czasach wojny wietnamskiej wykorzystywane były przez wojsko. Następnie jeździliśmy wzdłuż rzeki po prostu chłonąc czas i naszą tutaj obecność. Wyciszałem się, zmieniałem plany.

Spokój

Spokój

Na drzwiach naszych pokoi zauważyliśmy dziwny regulamin, który wprost stwierdzał, że do pomieszczeń nie można sprowadzać prostytutek oraz kręcić z nimi filmów pornograficznych. „Właściciel musiał mieć więcej niż jeden incydent” – skwitował to ze śmiechem Steve. Z Amerykaninem dogadywałem się zresztą najlepiej, jego dziadek pochodził z Czech, więc to chyba nasze słowiańskie korzenie zbliżyły nas do siebie. Z Rino natomiast połączyłem się dzięki Arkowi Milikowi, który obecnie gra w Napoli, ukochanym klubie Włocha.

Od nowych przyjaciół dowiedziałem się o wiosce Moung Noi, wsi, która odcięta została od dróg i można się do niej dostać jedynie łodzią. Wyruszyliśmy tam w piątkę – ja, Aina, Rino, Steve oraz Rebecah. Wtulona w dżunglę wioseczka żyła blisko natury. Pokój dzieliłem z wielkim gekonem, z początku się go bałem, jednak Rino powiedział, że obecność jaszczurki oznacza brak pająków, karaluchów i innych owadów, a gekon nie zrobi mi krzywdy, od tego momentu z jaszczurem żyliśmy w zgodzie.

Śniadania z moimi nowymi przyjaciółmi (oprócz gekona, który dnie spędzał na drzwiach mojej łazienki) jedliśmy w knajpce prowadzonej przez Szweda, który ożenił się z jedną z miejscowych kobiet i od kilku lat prowadzi tu hotel, natomiast wieczory spędzaliśmy w indyjskiej restauracji, gdzie pewnego wieczora pomiędzy deskami zauważyliśmy skorpiona. W Laosie wchodząc do pomieszczenia, czy to świątyni, domu czy restauracji, należy ściągnąć buty. Boso stąpa się po podłogach, w szparach których chowają się mieszkające w dżungli zwierzęta…

*

Spędzaliśmy czas i razem i osobno, każdy miał swój rytm dnia, każdy robił co chciał. Ze Stevem i Rebecą wynajęliśmy łódź i dętki, kierowca zawiózł nas do wioseczki jeszcze dalej w głąb lądu, a słynącej z warsztatów tkackich. Stamtąd do siebie wróciliśmy spływając w dół rzeki wspomnianymi dętkami.

Dziewczynka w drzwiach świątyni

Dziewczynka w drzwiach świątyni

Innego dnia wyszliśmy na spacer w głąb lądu by obejrzeć słynne w tej okolicy jaskinie. Upał dawał nam się niemiłosiernie we znaki, a droga poprowadzona była tak, że nie było na niej nawet fragmentu cienia. Rino wpadł na pomysł, wszedł do dżungli i przyniósł kilka ogromnych liści, którymi zakrywaliśmy głowy, a po chwili nawet wsadziliśmy je sobie za kołnierze w ten sposób tworząc osłonę, z której byliśmy niezwykle dumni. „Opatentujemy to! Miejscowa ludność będzie się od nas uczyć! Będą tego używać zamiast parasoli!” – krzyczeliśmy w euforii. Gdy dotarliśmy do wioski pod jaskinią, pierwszy napotkany mężczyzna powiedział nam: „Lepiej to wyrzućcie, te liście są trujące”. Tak skończyła się nasza przygoda z technologiczną rewolucją Laosu.

*

Miejscowe jaskinie są niezwykle głębokie, nie we wszystkich wytyczone są szlaki i można penetrować je dowolnie, na tyle, na ile starczy odwagi. Jednak to co w nich urzeka najbardziej to motyle. Moment, w którym przekracza się granice świata i skały, powoduje wzniesienie w górę masy kolorowych motyli. Tak jakby Duch Góry witał nas w swoich progach i ostrzegał jednocześnie: „Oto kończy się świat ludzi, a zaczyna moja, niepojęta przez was domena. Uważajcie na każdy krok, bo możecie już nigdy nie opuścić mojej krainy” – szeptało nam echo wśród skał.

W końcu udało mi się zapomnieć o przemijającym czasie. Wiedziałem, że lada dzień muszę wracać, a przede mną jeszcze męcząca droga do odległego Kuala Lumpur, pojednałem się jednak z samym sobą, odzyskałem wewnętrzny spokój, po który tutaj przyjechałem.

Oglądając kolejny zachód słońca nad rzeką Nam Ou chłonąłem sekundy swojego czasu na Ziemi. Doceniałem każdy moment, każdy promień słońca i każdą rozmowę z moimi przyjaciółmi. I chociaż kilka dni później wróciłem już do Europy, cząstka mnie na zawsze została pomiędzy zielonymi wzgórzami północnego Laosu i rozpocząłem kolejną, życiową podróż, w której już nie liczą się odwiedzane miejsca, ale ludzie i spędzony z nimi czas. Liczą się przywiezione, kolekcjonowane skrupulatnie przeze mnie wspomnienia chwil, w których czułem się naprawdę szczęśliwy.

2 komentarze

  1. Pięknie napisane Patryk. Tak wzruszająco :)
    Skąd pewność, że poznana w podróży osoba nie zdradzi Twoich sekretów? ;) W dobie internetów wszystko możliwe! :D

    • patrykszymanski

      Dziękuję :) Myślę, że moje prywatne sprawy nie są dla obcych ludzi aż tak ważne, żeby je wrzucali do internetu :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *