Etiopia. Góry Siemen – Szachownica Bogów.

Wyszedłem prosto w czerń afrykańskiej nocy. Nie widziałem nic poza czubkiem mojego nosa. Ciemność przykryła mnie niczym czarny całun. Ale w tej ciemności nie byłem sam. Gdy moje oczy przyzwyczaiły się do mroku, zacząłem rozróżniać kształty, zauważać niskie bryły skulonych ludzkich ciał, Etiopczyków, skautów i przewodników. W czerni pojawiły się białka ich oczu, skupione na mnie i na każdym moim ruchu. Bezradny biały europejczyk pośród afrykańskiej ciemności. Ślepy i głośny człowiek narażony na wszelkie niebezpieczeństwa. Spośród buszu spoglądały na mnie także inne oczy, ale takie, które nie chciały być widoczne – dżelady, kozice górskie, wilki. Spoglądały, obserwowały, śledziły dziwiąc się mojej obecności. Patrzyły myśląc „czego tu szukasz biały człowieku. Odejdź. Wróć do siebie”. „Nic tu po tobie”, szeptały.

Magiczne Góry Siemen

Magiczne Góry Siemen

O 7 rano gotowi byliśmy do wymarszu. Spóźniało się natomiast nasze śniadanie. Posiłki na drogę zamówiliśmy już dzień wcześniej, aby nie tracić czasu. Ale w Afryce czas jest czymś innym niż w Europie. Tutaj się go nie traci, bo on nie płynie. Tutaj czas nigdzie się nie spieszy. Spieszyć się? Dokąd? Po co? Wszystko co ma nadejść, z pewnością nadejdzie. Prędzej czy później.

Ambacho

Ambacho

Czekał przy nas nasz przewodnik, Ambacho. Prosty mieszkaniec Debark, który nie potrafił wypowiedzieć nawet słowa po angielsku, przerzucił strzelbę przez ramię, do pasa przytroczył woreczek z prowiantem i wskazał nam drogę. Chodźcie, chodźcie, pokazywał, słońce zaraz będzie wysoko. Słońce oznacza, że nie możemy iść, że marsz to piekło.

Afrykańskie słońce również jest inne niż nasze. Byliśmy w górach, wcale nie było gorąco, temperatura nie sięgała nawet 30 stopni Celsjusza. Ale to inne afrykańskie słońce świeci inaczej i grzeje inaczej. Piecze i parzy, suszy skórę i niemiłosiernie daje się we znaki. Każdy jeden krok w afrykańskim słońcu równa się stu krokom w słońcu europejskim. Gdy tylko zaczyna się najgorętsza pora dnia każdy chce uciekać, schronić się, ukryć przed morderczymi promieniami. Chodźmy, chodźmy, pogania Ambacho. On rozumie jak działa tutaj świat, my – nie.

Dżelady

Dżelady

W Debark każdy znał naszego przewodnika, wszyscy machali mu przyjaźnie rękoma, wymieniali uprzejmości, z pewnością życzyli powodzenia na trasie, widząc, że prowadzi ze sobą grupkę turystów. Czego ci biali tutaj szukają? Po co idą w góry na kilka dni, kiedy mogą wziąć auto? Pytania pozostają zawieszone w powietrzu, bo dopóki biali płacą za swoje dziwaczne rozrywki, dopóty tacy ludzie jak Ambacho mają pracę, a to dobrze.

Z drogi w Debrak skręciliśmy w ścieżkę wykutą erozjami, pęknięcie w ziemi, które po deszczach stawało się życiodajnym potokiem. Lecz obecnie było suche.

Szlak do Chennek

Szlak do Chennek

Moich towarzyszy, Mike i Zoe, poznałem dokładnie rok wcześniej na innym kontynencie. Razem przebrnęliśmy przez Indie i Nepal, a Brytyjczycy wyruszyli następnie do Ameryki Południowej. Zoe, z którą niezwykle się zaprzyjaźniłem, zaprosiła mnie w jeszcze jedną podróż. „Byłeś ze mną w Indiach, na początku mojej podróży. Chciałabym żebyś był w Etiopii, na jej ostatnim etapie”. Do Afryki poleciałem więc nieprzygotowany, choć wiedziałem, że Mike wie co i gdzie robić i mnie wystarczy iść za nim.

„Pomyślelibyście rok temu, że tak to będzie wyglądać? Że razem przebrniemy przez Himalaje i wyjedziemy do Afryki zdobywać Góry Siemen?” Zapytałem na szlaku. „I że będziemy mieć na sobie te same ubrania…” dodał Mike.

Dżelada

Dżelada

Pierwszy dzień marszu to katorga. Przed wejściem w wyższe partie gór, które chłodem oblepiają majestatyczne obłoki, przebrnąć trzeba przez afrykański skwar. Wspinaczka i upał, słońce, buty robią się co raz cięższe, krok za krokiem, krok za krokiem. Tylko tyle pamiętam z pierwszych godzin marszu. Ale trud wynagradza nam niespodziewane spotkanie. Dżelady!

Dżelady

Dżelady

Roślinożerne małpy z czerwonymi sercami na piersiach rozsiadły się na łące i spokojnie skubały trawę. Gatunek ten zupełnie nie zwraca uwagi na ludzi, można więc do tych zwierząt podchodzić całkiem blisko. Ważne jednak aby pamiętać, by nie patrzeć im w oczy – uznają to za oznakę agresji. Dżelady są usposobione bardzo pokojowo, nie mają konfliktów wewnątrz gatunku, są roślinożerne, choć ostre kły sugerują inaczej. Małpy te żyją na krawędziach skał i przy krawędziach najłatwiej je spotkać – sprawne poruszanie się po stromych ścianach sprawia, że ich bliskość daje im poczucie bezpieczeństwa.

Dżelady w Chennek

Dżelady w Chennek

Dżelady przez dłuższy czas nie były badane, uznano je bowiem za mało interesujący gatunek. Dopiero Patsy oraz Robin Dunbar zainteresowali się tymi małpami i odkryli ich niezwykle bogate życie społeczne, a bardziej złożony system posiadają jedynie… ludzie. Badania te stały się podwalinami nauki o początkach istnienia gatunku ludzkiego. Małpy te jako jedyne w Afryce żyją na tak dużych wysokościach, powyżej 3 tysięcy metrów, jako jedyne także nie żyją wśród drzew, a skał. Widziano je nawet na najwyższym szczycie Afryki, Ras Dashan – 4620 metrów  n.p.m. Skalisty wierzchołek nie oferuje dżeladom żadnego pożywienia, nie ma tam też schronienia – po co więc tam poszły? Być może dla widoków, i wcale nie piszę tego ironicznie.

Dżelada

Dżelada

Małpy z krwawiącym sercem. Czerwony fragment skóry na klatkach piersiowych małp jest powiązany z ich życiem seksualnym. Samce swoje „serce” zawsze mają czerwone, u samic rozbrzmiewa ono, gdy są one gotowe kopulować.

Ocieplanie się klimatu powoduje zanik traw, głównego źródła pożywienia dżelad. Za kilkanaście lat małp tych nie będzie już na świecie.

Powyżej 3 tysięcy metrów zaczęliśmy iść krawędzią pięknych i magicznych Gór Siemen, które wyglądają nie jakby się wypiętrzyły, ale jakby to wszystko wokół się zapadło. Mijaliśmy wioski i ich mieszkańców, ludzi, którzy bez przerwy próbowali nam coś sprzedać, zarobić na obecności bogatego, białego człowieka. Pierwszą noc spędziliśmy w Sankaber, na 3250 metrach n.p.m.

Widok z Imet Gogo na Imatye

Widok z Imet Gogo na Imatye

Drugi dzień przyniósł ulgę. Szczyty skryte były w przynoszących wytchnienie chmurach, słońce nie dawało się już tak we znaki. Pierwszego dnia przeszliśmy aż 36 kilometrów, dziś na szczęście trasa miała być trzykrotnie krótsza.

Góry Siemen

Góry Siemen

Ambacho prowadził nas pięknymi ścieżkami przy krawędziach, co chwilę zatrzymując się by pokazać nam a to dżelady pośród skał, a to kozice górskie gdzieś między drzewami lub po prostu pozachwycać się krajobrazem. Nasz skaut bardzo dumny był z tego, że nie wynajęliśmy przewodnika i że to on mógł pokazywać nam swoje piękne góry. Biedny Etiopczyk szedł ubrany w starą, wytartą czerwoną kurtkę zimową, płaskie buty oraz dziurawe skarpety. Strzelbę cały czas trzymał na ramionach. Szedł przodem niosąc plecak Zoe, której poprzedni dzień dał się mocno we znaki. Skakał po skałach, pokazywał nam drogę, w ogóle się nie męczył. W przeciwieństwie do nas – nowoczesnych, dbających o kondycję na siłowni europejczyków, uprawiających jogging władców Zachodniego Świata, ubranych w oddychającą odzież z jonami srebra, w trekkingowych butach z goreteksem. My wiedzieliśmy, że te wszystkie wynalazki mają nam w Afryce pomagać. Afryka niestety o tym nie wiedziała.

Wodospad Jinbar

Wodospad Jinbar

Dotarliśmy do punku widokowego nad Wodospadem Jinbar. Punktu, do którego trzeba przejść po wąskiej półce skalnej kilkaset metrów nad ziemią. Na ścieżce na dodatek ustawiły się dżelady, chyba po to by poobserwować przerażonych turystów nieudolnie spacerujących po skałach. Ponad 500 metrowy strumień wody wytryska z płaszczyzny gór i wąsko leje się w dół płaskiej ściany.

Drugą noc spędzić mieliśmy w Geech, małej wiosce na wysokości 3600 metrów n.p.m. Przy wejściu do wioski na trawie rozłożono miejscowe rękodzieło, a wokół siedziało kilkadziesiąt kobiet i dziewczynek. Kupiliśmy drobne pamiątki, małe kolorowe koszyczki, w których dziś trzymana jest biżuteria. Grubo przepłaciliśmy, ale liczył się gest. Zaproponowano nam również nocleg w jednej z tutejszych chat oraz posiłek wraz z mieszkańcami, cena jednak również była zaporowa. Biały musi płacić.

Młode Etiopki

Młode Etiopki

Wieczorem graliśmy w karty, rozmawialiśmy o futbolu i oglądaliśmy stada krów przeganiane przez bose dzieci po tutejszych pastwiskach. „Ferendżi! Ferendżi!” krzyczały, gdy odeszliśmy od hoteliku i podbiegły do nas natychmiast, czyhając jakby na nasz ruch. Wyciągnęły ręce, prosiły o długopis, biżuterię, pieniądze. Rozdałem im kilka drobiazgów, które przywiozłem ze sobą właśnie na taką okazję, w duszy licząc, by nie brakło mi dla jednego lub dwójki, bo dzieci widząc, że turysta coś rozdaje, nagle zaczęły się zbiegać. Zaczęło robić się chłodno, spać położyliśmy się wcześnie, bo jutro czekał nas ciężki dzień – zdobywanie szczytów.

Geech

Geech

Imet Gogo – na szczyt wchodzi się płaską ścieżką, nie zdając sobie nawet sprawy, że zdobywa się górę. Wierzchołek wznosi się na wysokość 3926 metrów, a cała góra wychyla się z pasma niczym kadłub okrętu. Stajemy na północno-wschodniej krawędzi masywu, przed nami niesamowity widok Gór Siemen – Szachownicy Bogów.

Gdy zapada ciemna noc, a każdy człowiek już śpi, ze starożytnej Grecji przybywają tu na swych rydwanach Apollo i Afrodyta, Atena i Hades, Demeter oraz Hefajstos,  a wraz z nimi bóg bogów – Zeus. I rozgrywają boską partię szachów. Grają do rana, a na Olimp wracają, gdy zza horyzontu wyjrzy pierwszy promień słońca. Góry Siemen jako Szachownicę Bogów opisywał już w starożytności nie kto inny, a grecki wieszcz, boski ślepiec – Homer.

Góry Siemen

Góry Siemen

Po kratach szachownicy idziemy dalej, schodzimy w dół, by za chwilę znów wspinać się na szczyt. Inatye – 4070 metrów. Tym razem bogowie zakpili sobie jednak z nas i wierzchołek otoczyli lepką i gęstą mgłą. Odpoczywamy otoczeni przez kruki oraz dzieci, które wiedząc, że tutaj właśnie przychodzą turyści, przyniosły swoje drobne wyroby i próbują zarobić kilka Birr.

Z drugiej strony szczytów zeszliśmy do Chennek, wioseczki u stóp Mount Bwahit – celu naszej wyprawy. Tutaj znów otoczyło nas ogromne stado dżelad, a jedna z nich lekceważąc mnie zupełnie, usiadła niemal na moich kolanach i zaczęła skubać trawę pod moimi stopami.

Góry Siemen

Góry Siemen

W hoteliku było dość gwarno jak na tę okolicę, zebrało się nas około 10 osób, w większości Izraelczycy, dla których Etiopia jest bardzo popularnym kierunkiem podróży. Był potężny mężczyzna, ojciec dwóch komandosów z Navy Seals i Delta Force, byli Assaf i Hen, para przyjaciół, którzy dość często odwiedzają również Polskę i bardzo lubią nasz kraj, był Holender, który bardzo ubolewał nad faktem, że jego drużyna nie dostała się do Euro 2016. No i byliśmy my.

W pewnym momencie zrobiło się głośno, skauci wywołali wszystkich na zewnątrz. „Patrzcie!” krzyczeli, „tam, w krzakach”. Skupiliśmy wzrok na wskazanym punkcie i po chwili zauważyliśmy małą rudą głowę, która wychynęła zza gęstych zarośli i obwąchiwała wysokie trawy. Etiopski wilk. Zwierze to występuje tylko tutaj i jest poważnie zagrożone wyginięciem. Szacuje się, że zostało ich jedynie kilkaset, ale sami Etiopczycy mówią, że jeszcze mniej – może nawet kilkadziesiąt.

Koziorożec Abisyński

Koziorożec Abisyński

„Patrzcie tam!” Znów szepty z drugiej strony wzgórza. Niedaleko nas, wtopiony w krajobraz, stał Koziorożec Abisyński, Walia Ibex. Po chwili dostrzegliśmy całe stadko, które dostojnym krokiem odeszło w stronę stromych skał, gdzie nie mogliśmy go już śledzić.

 

Widok z Chennek i Koziorożce na ścieżce

Widok z Chennek i Koziorożce na ścieżce

Ostatniego dnia rozpoczęliśmy marsz na Mount Bwahit. Drugą najwyższą górę Etiopii oraz trzynastą najwyższą Afryki. Góry Siemen nazywane są Dachem Afryki – ze względu na swój płaski kształt oraz fakt, że są drugim najwyższym pasmem po Kilimandżaro.

Szlak na Bwahit

Szlak na Bwahit

Po dwóch godzinach osiągnęliśmy wysokość powyżej 4 tysięcy metrów i dopadła mnie zadyszka. Objawy choroby wysokościowej. Byłem już w życiu na takiej wysokości, w Nepalu, nawet spędziłem noc w rozrzedzonym powietrzu. Tutaj jednak przyszło mi się w tych warunkach wspinać. Każdy krok sprawiał mi niesamowitą trudność, każde dziesięć metrów marszu odczuwałem niczym sto metrów sprintu.

Widok ze szczytu

Widok ze szczytu

Mike i Zoe wyprzedzili mnie, Ambacho został ze mną w tyle, ale nie rozumiał co się ze mną dzieje, widziałem rozbawienie na jego twarzy i w oczach. Chciał wziąć mój plecak, choć niósł już swój bagaż, karabin oraz plecak Zoe. Duma nie pozwalała mi jednak prosić go o pomoc. Poganiał mnie co chwilę nie chcąc tracić z oczu Brytyjczyków, a nie wiedział o czymś takim jak choroba wysokościowa i nie rozumiał dlaczego zatrzymuję się co kilka kroków.

Chennek

Chennek

Sukces smakował podwójnie słodko. Wejście na Szczyt, na Górę. Najwyższy punkt na jaki w życiu udało mi się samodzielnie wspiąć. Daleko na wschodzie widać było sylwetkę Ras Dashan, największego szczytu kraju. Tak zdobyłem Mount Bwahit.

.

Mówi się, że do Afryki wyjeżdża się tylko raz i już nigdy w pełni z niej nie wraca. Że cząstka Ciebie na zawsze pozostaje na ścieżkach suchego buszu, pośród liści bananowca, pomiędzy uśmiechami przyjaznych ludzi oraz w brudnych rączkach patrzących na ciebie z nadzieją dzieci. Fragment mojej duszy na zawsze już błąkał się będzie pośród suchych traw Gór Siemen, a fragment serca – wśród Krwawiących Serc ich mieszkańców.

Mount Bwahit, 4430 mnpm

Mount Bwahit, 4430 mnpm

Widok z Mount Bwahit

Widok z Mount Bwahit

Dżelada

Dżelada

Chennek

Chennek

Ambacho

Ambacho

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *