Gruzja. Budząc bóstwo.

Ostatnie promienie zachodzącego słońca wpełzły do sali i oblały marmurowe kolumny, które zdecydowanie pamiętały lepsze czasy. Przezroczyste, wysokie, jasno-zielone kotary poruszył wiatr. Cicha sala zaczęła ożywać. Zza długiego drewnianego stołu wyjrzała rogata głowa. Rozbiegane brązowe oczy chłonęły rzeczywistość widząc ją pierwszy raz od tysięcy lat. „Mój Panie! Przybyli!” – po pustej sali poniósł się podniecony głos fauna. Diablik rozejrzał się wkoło. Na raz pojawiać zaczęły się kolejne stoły – a na nich potrawy. Pieczenie, sery, owoce oraz wino. Dzbany, karafki, kielichy wina – wszystko milcząco materializowało się wypełniając komnatę. Spod baldachimu ogromnego łoża dobiegło głębokie westchnienie. Coś potężnego poruszyło się pod aksamitną pościelą. „Wróciłem…” – mruknął tubalny głos.

Kaukaz

Kaukaz

SVANETI

W Mestii zajęliśmy mały pokoik w domu pani Iriny. Jej syn, policjant, szafkę zapchaną miał medalami zdobywanymi za wspinaczkę oraz górskie zjazdy rowerowe. Jego młodszy braciszek wyraźnie zafascynowany był starszym krewnym – pomagał mu przy remontach rowerów, chodził za nim krok w krok. Na kredensie w dużym pokoju stała wsparta na małych nóżkach beczułka na wino, na bokach której zawieszono kielichy w kształcie kozich rogów. Jeden dzień odpoczynku po długiej drodze z Polski i wyruszyliśmy na szlak.

Mestia

Mestia

Szlak. Ścieżka. Wędrówka. Cudowne milczenie górskich szczytów. Czekały na nas błotno-zielone Jeziora Koruldi. Słońce suszyło niemiłosiernie. Przy krzyżu majestatycznie stojącym nad miasteczkiem spotkaliśmy kilku Polaków. A Polacy, jak to Polacy – nie chcieli mieć z nami wiele wspólnego.

Szlak prowadził w górę pomiędzy domkami tutejszych pasterzy i świniopasów. Na trasie co jakiś czas mijały nas terenowe auta bardziej wygodnych turystów, którzy kilkugodzinny marsz woleli zamienić na kilkuminutową przejażdżkę. Ale z okien samochodów nie widać tego, co widzi się na szlaku.

Ushba

Ushba

Gdy minęliśmy pierwsze duże wzniesienia, zaczęła spoglądać na nas Ushba – rogate marzenie alpinistów, niezwykły szczyt, którego szpony rozdzierają błękit nieba, niewdzięcznie nazywana Matterhornem Kakuazu, choć jest od niego wyższa. Z bliźniaczych wierzchołków spoglądały na nas wówczas dwa fauny. Popijając słodkim winem krzyczeli do siebie, radośnie zerkając w naszą stronę.

Szara, potężna ściana Kaukazu zbliżała się do nas. Widzieliśmy kilku Gruzinów prowadzących w dół zbocza stado koni, gdy nagle jeden z wierzchowców wyrwał się, odbiegł. Na kilka chwil wrócił do natury. Zbiegł w niedużą kotlinę, stanął dumnie i spokojnie zaczął obiadać się wysuszona trawą. Urodzony w niewoli instynktownie wyczuł gdzie jest jego miejsce. Jedna z najpiękniejszych rzeczy na świecie – wolny koń w galopie.

Wolny koń w galopie

Wolny koń w galopie

Drugiego dnia wybraliśmy się na krótki trekking do lodowca Chalaadi i zebraliśmy siły, by kolejnego wyruszyć do Ushguli. Rano zeszliśmy do centrum miasta, gdzie kierowcy oferują przejazdy do wpisanej na listę UNESCO wioski, skąd alpiniści wyruszają na Szkharę, najwyższy szczyt Gruzji. Uzbierała się nas piątka, my dwoje, para Czechów oraz Rosjanka. Lechowie, Czechowie i Ruska.

Szkhara

Szkhara

Dwugodzinna przejażdżka do Ushguli sama w sobie jest już przygodą – z okien samochodu podziwiamy piękne widoki, kierowca zatrzymuje się co jakiś czas, byśmy mogli zrobić zdjęcia. Początkowo planowaliśmy do Ushguli z Mesti przejść pieszo, wycieczka taka zajmuje całe dwa dni. Ponad 40 stopniowy upał zmienił niestety nasze plany.

Z wioski wyruszliśmy na spacer w stronę lodowca oraz szczytu Szkhara. Nad Kaukazem akurat zbierały się czarne chmury. Dwoje Polaków, dwoje Czechów i Rosjanka. O czym tu rozmawiać z Rosjaninem tak, by nie wkroczyć na nieprzyjemny temat? Konflikt na Ukrainie trwa, embargo Unii na Rosję wciąż nie zostało zniesione, a na dodatek jesteśmy w Gruzji, gdzie 7 lat wcześniej trwała wojna. W drugiej dekadzie XXI wieku ciężko o neutralny temat. Na szczęście Czesi byli alpinistami i wokół tego krążyła dyskusja.

Po dwóch godzinach spaceru musieliśmy wracać, kierowca nie mógł dłużej na nas czekać.

Ushguli

Ushguli

Svaneti to region Gruzji odkryty dopiero niedawno. Swanowie przez setki lat żyli niezmiennym życiem, a potężne mury Kaukazu, zadziorność Swanów oraz charakterystyczne obronne wieżyczki pozwoliły ich kulturze trwać nienaruszonej i niezdominowanej. Nawet w czasach ZSRR Svanetia cieszyła się względną niezależnością – miejsce to było wciąż dość niedostępne.

Svaneti

Svaneti

Utwardzoną drogę poprowadzono tu dopiero na początku XX wieku, małe lotnisko również istnieje od niedawna. Mieszkańcy tego dzikiego regionu zajmują się tym, czym zajmowali się ich ojcowie, dziadowie i wszyscy przodkowie na dziesiątki pokoleń wstecz – pasterstwem. Dziś, gdy wzrósł ruch turystyczny, pojawiły się nowe obowiązki i nowe źródła dochodu. Dumni Swanowie nie przyzwyczajeni są jednak do turystycznych fanaberii co da się wyczuć w tutejszych sklepach czy restauracjach. Turysta? Dobrze, że przyjechał, dobrze, że wydaje pieniądze. Ale swoje dziwne wymagania niech zachowa dla siebie.

Svanetia przez wieki trwała ukryta przed wścibskimi oczami świata. Ale Mestia i wszystkie okoliczne wioski zmieniają się bardzo dynamicznie. Turystyczna machina zdążyła zmielić centrum miasteczka i przekształcić je w pełne restauracji „krupówki”. W mieście powstały stoki narciarskie, powstały czterogwiazdkowe hotele i apartamenty. A Swanowie patrzą na to wszystko pilnując owiec na swoich łąkach. I wzdychają myśląc: „Kiedyś było inaczej…”.

Mestia

Mestia

TBILISI

Europejska stabilność pomieszana z Azjatyckim chaosem. Zachodnie aspiracje i wschodni tryb życia. Gruzja leży na granicy kontynentów. Jedni uważają, że geograficznie to wciąż Europa, inni, że już Azja. Nie mniej Gruzini usilnie próbują zaprzyjaźnić się z Unią Europejską upatrując w niej sojusznika, który uchroni przed agresją potężnych sąsiadów. Na tutejszych urzędach oprócz flag państwowych wiszą te niebieskie z gwieździstym kołem.

Tbilisi

Tbilisi

Ale po ulicach jeździ się po azjatycku. Przepisy drogowe są mniej więcej tam gdzie Święty Mikołaj –  każdy słyszał, nikt nie wierzy. Stłuczki, wypadki, bijatyki kierowców. Z prawego pasa skręcają w lewo, z lewego w prawo. Byłem w Tbilisi jedynie kilka dni, a udało mi się zobaczyć jak łamany był każdy możliwy przepis drogowy.

Autobus z Mesti popsuł się około 2 godziny po wyjeździe i 3 godziny musieliśmy czekać na podstawienie kolejnego. Wspólna niedola zbliżyła nas z kolejną parą Czechów – Jiżim i Janą, z którymi później w Tbilisi szukaliśmy noclegów. Hostel Friends, który polecał nam znajomy jeszcze w Polsce, przyjął nas z otwartymi ramionami.

Ulice i uliczki Tbilisi to Europa. Drogie restauracje, ogromny ruch uliczny, kluby jazzowe, koncerty, wydarzenia. Pomiędzy starożytnymi zabytkami stoją nowoczesne biurowce. XXI wiek wgryza się we wszystkie XX poprzednich. Wydaje się, że jedynie mury kościołów stoją nienaruszone.

Uliczka Tbilisi

Uliczka Tbilisi

Nad miastem upał ciążył niczym mokry całun. Tym lepiej smakowało nam schłodzone, czerwone gruzińskie wino, które wieczorem sączyliśmy wspólnie na hostelowym balkonie. Jiżi, jak to Czech, był niezwykle przyjazny i wesoły. Wspólnie uznaliśmy, że nie damy sobie wmówić, że brat Polak i brat Czech potrzebują języka angielskiego by się porozumiewać i używaliśmy jedynie narzeczy słowiańskich. Kielich gonił kielich. Żałować będziemy jutro.

Wina dolewali nam faunowie, choć wcale ich nie widzieliśmy. Radowali się z nami, pili z nami i śpiewali z nami. Małe, rogate stworzenia biegały nam między nogami niewidoczne dla naszych oczu. Żyły, pierwszy raz od setek lat! A z zaświatów obserwowały to czujne, radosne i pijane oczy budzącego się bóstwa.

*

Hostel był również domem Scota, Brytyjczyka o niezbyt przyjemnej fizjonomi, który przyjechał na Wschód szukając uciech cielesnych. Z góry traktował wszystkich – Polaków, Rosjan, Czechów czy Gruzinów.

Małe Gruziny

Małe Gruziny

Opowiadał niestworzone historie nie mogąc pojąć, że my na Wschodzie to nie tylko budowlańcy i kelnerki, złodzieje aut i prostytutki. Próbował wmówić mi, że polskie studentki przyjeżdżają prostytuować się do Tbilisi, żeby zarobić na studia. Próbował powiedzieć, że niemal otrzymał rolę w filmie „Piraci z Karaibów” – oprócz muzka i pisarza jest także aktorem – jednak w ostatniej chwili zgarnął mu ją sprzed nosa Orlando Bloom. Co wieczór opowiadał, że umówiony jest na randkę, a to z dwoma Gruzinkami, a to z przepiękną Szwedką. Każdego dnia wracał jednak pijany w środku nocy, a gdy nachodziły go momenty szczerości przyznawał, że był w pobliskim klubie ze striptizem. Zagubiony, zachodni chłopiec w świecie, który jest dla niego jedynie odbiciem stereotypów o Europie Wschodniej. Choćby nie wiem co zobaczył, choćby nie wiem co przeżył – wróci do Anglii i powieli ten stereotyp. Kłamstwami.

W winnicy

W winnicy

Innym rezydentem hostelu był Jim. Amerykanin, który kończył akurat swoją sześciotygodniową podróż po pograniczu Europy i Azji. Odwiedził Odessę, Biszkek, Armenię oraz Gruzję. Obecnie czekał w Tbilisi na samolot do domu – do Teksasu. Niezwykle ucieszył się, że byłem w jego stanie oraz że odwiedziłem tam Park Narodowy Big Bend. Jim był niezwykle oczytany, codziennie przesiadywał w bibliotece w swoim miasteczku i chłonął historię zapisaną w książkach. Znał nawet twórczość Stanisława Lema. W swoim smartfonie miał również listę ulubionych utworów, a między nimi „Jesień” Sławy Przybylskiej. „Wolę muzykę, której słów nie rozimiem” – mawiał – „wówczas jest bardziej romantyczna”.

Mshketa

Mshketa

Spędziliśmy z nim sporo czasu rozmawiając o literaturze, filmach i muzyce. Wszyscy w hostelu – goście i gospodarze – uwielbiali Jima. Gdy ostatniego wieczora taksówka odebrać go miała o północy, wszyscy czekaliśmy z nim. A gdy wsiadał do auta, każdy po kolei przytulał go na pożegnanie. Amerykanin powiedział mi wcześniej, że przez całe życie nie przytulało go tyle osób, ile przez te sześć ostatnich tygodni. Gdy Jim odjechał, wszyscy staliśmy chwilę na tarasie bojąc się przyznać, że jesteśmy wzruszeni. Pożegnaliśmy przyjaciela. I choć przecież wcale go nie znaliśmy, wiedzieliśmy, że mieliśmy do czynienia z nizwykłym człowiekiem.

Jim miał 76 lat i był niemal niewidomy.

Wcześniej, gdy pewnego gorącego popołudnia siedzieliśmy na tarasie, Jim spojrzał w niebo, uśmiechnął się smutno i powiedział „Widzę gwiazdy. Pierwszy raz od lat”. Ale to nie były gwiazdy. To było odbicie światła w przewodach nad ulicą.

David Gareja

David Gareja

SIGHNAGI

Na miejsce dojechaliśmy późnym wieczorem. Mimo tego czekał na nas bogato zastawiony stół. Supra – tradycyjna gruzińska kolacja, w czasie której je i pije się dużo i często, a prowadzący, tak zwany Tamada, wznosi długie i emocjonalne toasty, na cześć przodków, gości i aniołów stróżów.

Udabno

Udabno

Przez kilka dni zwiedziliśmy spory kawał Gruzji – dawną stolicę – Mshketę, Gori, miejsce narodzin Józefa Stalina, słynny skalny monastyr David Gareję, opuszczoną wieś Udabno czy Rezerwat Lagodekhi. Zaprzyjaźnialiśmy się z naszym kierowcą i przewodnikiem Bagratem. Ale najciekawsze i tak były wieczory. Przy suto zastawionym stole, przy dźwiękach gitary i mocnego, melodyjnego głosu Bagrata chłonęliśmy wolność, lato i ducha Gruzji. Uczta za ucztą, kielich za kielichem pozwalaliśmy się porwać melodii, którą grał dla nas ten starożytny kraj.

Przy naszym hotelu stał inny, na tarasie którego przesiadywali właściciele – Polacy, którzy znudzeni rutyną życia postanowili sprzedać wszystko, kupić stary budynek w Sighnagi i urządzić w nim hotel. W Polsce byli pracownikami poczty, w Gruzji – właścicielami własnego życia.

Bagrat

Bagrat

Innego dnia odwiedzić mieliśmy Piotra, kolejnego Polaka, który przeniósł się do Gruzji i otworzył hotelik. W drodze zaczepił nas jednak pewien starszy Gruzin. Widząc grupkę Polaków wyszedł nam naprzeciw i zaprosił do siebie na poczęstunek. Namawiał dopóki się nie zgodziliśmy. Na niewielki taras wyniósł krzesła, stół zastawił arbuzami, melonami oraz oczywiście czaczą. Alkoholu w takiej sytuacji nie można odmawiać. Mężczyzna uczestniczył w wojnie abchaskiej w latach 90. i został siedmiokrotnie postrzelony. Po trzy razy w każdą nogę oraz jeden raz w plecy. Niech ktoś spróbuje mu powiedzieć, że Rosjanie znów chcą zająć jego ziemie.

Piotr prowadzący hotel o pięknej nazwie „Wino i chleb” podjął nas po gruzińsku, otworzył własnej roboty wino, poczęstował serem, chlebem i ogórkami. Tutaj impreza rozkręciła się do końca – śpiewaliśmy wszystko od Amy Winehouse po szanty, rozmawialiśmy o wszystkim od gruzińskiej polityki wewnętrznej po wspomnienia z podróży.

Sighnagi

Sighnagi

Dźwięki naszych śmiechów i pieśni wylewały się na ulice. W przyjemnym chłodzie stygnącego dnia pełzły i pełzły, dalej niż mogło nam się wydawać. Snuły się nad uśpionymi domostwami, wznosiły się na górskie szczyty, opadały w doliny i przebijały szum potoków, by w końcu dotrzeć do miejsca swojego przeznaczenia – starożytnej, niewidzialnej dla oczu śmiertelników świątyni na szczycie jednej z kaukaskich gór. I gdy wpadły w ucho leżącej na wielkim łożu postaci, ta otworzyła swe purpurowo-zielone oczy.

Sighnagi

Sighnagi

STEPANTSMINDA

Droga wiła się zboczem momentami pokazując swoje groźne oblicze. Wystraszeni spoglądaliśmy z okien w dół na strome skalne ściany. Zatrzymaliśmy się u stóp Góry Prometeusza, któremu od tysiącleci sęp wydziera wątrobę. Bolesna wieczność.

Kościół Trójcy

Kościół Trójcy

Rankiem wejść mieliśmy pod słynny kościółek Gergeti. Więc wymęczeni po długiej podróży szybko położyliśmy się spać.

Zbudziłem się o świcie. Ziemia otulona była jeszcze chłodem poranka, lecz szczyt Kazbeku oświetlały pierwsze promienie słońca sprawiając, że zalegający na nim śnieg lśnił złotem i purpurą. Nie mogłem oderwać wzroku. Ja patrzyłem na Górę, a Góra patrzyła na mnie. Wezwała mnie do siebie. Kiedyś skorzystam z zaproszenia.

Lecz tym razem nie mieliśmy czasu na wspinaczkę. Wyruszyliśmy jedynie na krótki trekking pod ikoniczny Kościół Trójcy, by stamtąd móc podziwiać majestat tej części Kaukazu.

Gergeti i Kazbek

Gergeti i Kazbek

Siedząc na zboczu żegnałem się z Gruzją. I, choć ich nie widziałem, byłem pewien, że wokół mnie siedzą weseli Faunowie i radośnie wygrzewaja się w słońcu. Gdzieś daleko od nas, w innym, niepojętym naszymi racjonalnymi umysłami wymiarze, Dionizos rozciągał się w swym fotelu, popjał wino, a jego Menady zalotnie uśmiechały się do niego.  Starożytne greckie bóstwo budziło się do życia. Budziło z każdym kolejnym wypitym kielichem wina.

*

Mówi się, że bóg istnieje dopóki ktoś w niego wierzy. Dopóki nie umrze ostatni szczery wyznawca. Można go jednak przywrócić do życia, obudzić, jeśli tylko znów ktoś wzniesie modły ku jego czci. Gaumarjos!

Gruzja. Budzac bostwo.

Gruzja. Budzac bostwo.

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *