Szwajcarski Jam Session

Mężczyzna i gitara stawali się jednością. Dłonie wrastały w struny, rozmazywały się gdy potężne, czarne palce sunęły po gryfie w górę i w dół. Czarna koszula przylegała do masywnego ciała i z każdą chwilą rosły na niej kolejne ciemne plamy. Czarne, zmarszczone czoło mokre było od potu.  „Love” – grzmiał spokojny, melodyjny bas – „For the people”. Dum, dum, dumdumdum. „Love” – gitarzysta wiercił nasze dusze swoim głosem – „For the children”. Dum, dum, dumdumdum. „Looove. For the family!”. Mroczne powietrze małego berneńskiego klubu drżało nasycone niskimi dźwiękami gitary basowej, perkusji i głosu grubego Amerykanina. Tyle słów. Tyle zmarnowanych słów, kiedy wystarczyłoby jedno – Jazz.

Berno

Berno

Siedziałem w dworcowej kawiarence i sącząc espresso obserwowałem młodych Szwajcarów biegających po dworcu – czy to na pociąg, czy w ramiona czekających na peronie ukochanych, czy po prostu do domu po dniu pełnym pracy. Mój przyjaciel, Florian, miał pojawić się dopiero za kilkadziesiąt minut. Poznaliśmy się kilka miesięcy wcześniej, w Katmandu. Szwajcar siedział z książką tuż obok mnie w małej kawiarni, a ja znudzony obserwowaniem ulicy nepalskiego miasta zapytałem co czyta. Był w podróży sam, podobnie jak ja, więc szybko złapaliśmy wspólny język. Przez kilka dni razem włóczyliśmy się po stolicy Nepalu robiąc zdjęcia i rozmawiając z miejscowymi.
IMG_9832Flo odebrał mnie z dworca w Bernie. Wypiliśmy kawę i białymi rowerami pojechaliśmy w stronę jego domu. Nad średniowiecznym miastem wisiały chmury. Po raz kolejny miałem być świadkiem powodzi. Jeźdźcem burzy. Władcą żywiołu. Powodzie przetrwałem w USA, w Indiach oraz dwukrotnie w Polsce – w Opolu i Jaśle. Teraz oglądać miałem ulice stolicy Szwajcarii zalewane mocnym nurtem rzeki Aare.

Berno to niewielkie miasto, które zupełnie nie wygląda jak europejska stolica. Średniowieczne kamienice, brukowane uliczki i pełne domków oraz dwupiętrowych bloków przedmieścia. Jedynie marki samochodów przypominały mi, że jestem w stolicy jednego z najbogatszych państw świata.
IMG_9947 Styl. Flo jest stolarzem-designerem i ma swój styl. Mieszkanie urządzone ma minimalistycznie, ściany są białe. Na ścianach łazienki wiszą obrazy, które stworzył na podstawie swoich fotografii. W kącie kuchni stoi stary, przenośny gramofon. W ubikacji, na stercie starych magazynów, które są tu raczej dla ozdoby niż dla lektury, leży wysłużony gameboy. W małej wnęce, gdzie większość ludzi zrobiłaby sobie garderobę Flo stworzył spiżarnię.

.

„Świat się nacjonalizuje, przeraża mnie to, człowieku” – głos Basila dopływał do mnie przez gęsty dym, który wypełniał pokój. „Kiedyś na 1 maja ludzie wywieszali flagi Szwajcarii, dziś wieszają flagi swoich regionów, chcą się separować”. Dochodziła 4 rano, na szczęście sąsiadom nie przeszkadzało, że 7 facetów w małym pokoiku właśnie zorganizowało sobie jam session. 4 gitary, perkusja, klawisze i dj dodający skrecze w najgorszych możliwych momentach. Rock. Blues. Jazz. Bill Withers. Ray Charles. 4 Non Blondes. Otis Redding. Kończyłem 5 kieliszek wina.

Alpy z Berna

Alpy z Berna

„Wy w Polsce nie macie tych problemów, co? Rosja! Rosja zagraża Europie, ale wy tam w Polsce przecież dobrze z Rosją żyjecie”. No cóż, bracie – czegoś musisz się jednak o historii Polski dowiedzieć. Nie żyjemy i nie żyliśmy dobrze z Rosją, prawie nigdy. A pierwszym krajem, który zostanie zniszczony w przypadku konfliktu będzie mój – kochana Polska.

„Boję się człowieku, boję się tego co będzie”. Ty się boisz? Mieszkasz w jednym z najbogatszych państw świata, w małym kraju, którego niemal żadna wojna nigdy nie dotknęła. Obóz koncentracyjny to dla ciebie atrakcja turystyczna we Wschodniej Europie, a dla mnie część historii mojej rodziny. Wschodnia Tarcza Europy – zapamiętaj tę nazwę. Niebawem znów może być w użyciu.

.

Deszcz powolutku zalewał Szwajcarię. Mżawka trwała już od kliku dni, poziom wód podnosił się. W Bernie odbywał się akurat festiwal jazzowy, z garstką chłopaków staliśmy przed dużym namiotem, w którym zaraz miał zacząć się koncert studentów nowojorskiej szkoły jazzowej – Bryan Qu Group. Basil był członkiem klubu jazzowego Marians Jazzroom i załatwił nam wejście na koncert Charnetta Moffetta – mistrza gitary. Najpierw grupa z Nowego Jorku, później mała piwniczka, a na koniec jam session w mieszkaniu chłopaków.
„Cieszę się, że z nami jesteś Patryk” – Basil najbardziej zainteresowany był moją osobą. W Szwajcarii Polska jest dość egzotyczna. Kraj złodziei samochodów. Pozytywne skojarzenia zbudowane przez ostatnie 25 lat jeszcze tutaj nie dotarły.

Siedzieliśmy razem przy małym okrągłym stoliku i popijając piwo chłonęliśmy jazz. Byliśmy najmłodszymi gośćmi ztetryczałego klubu. Starsi panowie w garniturach nie kiwali nawet głowami, zajmowali miejsca ugniatając je swoimi bogatymi tyłkami. Charnett grał, choć nie dla nich. Tuż pod sceną siedziała młoda ciemnoskóra dziewczyna z wielkim afro. Wyglądała jak czarny anioł jazzu. Trzęsła się do rytmu muzyki, jej loki podrygiwały, a piękna, uśmiechnięta i podniecona twarz kontrastowała z ponurymi twarzami siedzących wokół starców. Dziewczyna wpadała w co raz większy trans. Tego dnia dźwięki łączyły się w doskonałą całość tylko i wyłącznie dla niej.

Szwajcaria w deszczuJazz to jeden z nielicznych przykładów sztuki, która z masowej stała się elitarną. Początki jazzu to rozgrzane wybrzeże Mississippi oraz parujące ulice Nowego Jorku. To bezdomni i brudni mężczyźni, którzy na ulicach wielkich miast na prowizorycznych instrumentach dawali ponosić się dźwiękom nowego gatunku.

Dziś jazz to muzyka elit, a najlepsze koncerty grane są w najlepszych klubach najdroższych miast świata. A wokół sceny, na której spocony mężczyzna z gitarą próbuje nawiązać kontakt z publicznością, skupieni siedzą bogaci starcy, którzy przypisują sobie wyłączność na rozumienie sztuki.

Ale jazz nie jest dla nich. Nigdy nie będzie.

.

W ciągu dnia samotnie włóczyłem się po średniowiecznych uliczkach Berna. Wyczekiwałem momentów, w których promienie słońca choć na kilka sekund przedrą się przez chmury, bym mógł zrobić przynajmniej jedno dobre zdjęcie. Gubiłem się w wąskich alejkach miasta, przesiadywałem w kawiarenkach obserwując życie stolicy Szwajcarii.

Pomiędzy cichymi kamieniczkami odnalazłem mały sklepik ze wszystkim. Pomiędzy plakatami a dvd z polską kinematografią wyszperałem starą płytę winylową w pogniecionej okładce. 8 franków, to jak za darmo. Benny Carter. Symboliczne zwieńczenie mojej podróży.

Fontanny Berna

Fontanny Berna

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *