Nie mówię szeptem, gdy pytają skąd jestem

W drodze, zwłaszcza samotnej, poznaje się setki ludzi. Potrzeba kontaktu, zwykła tęsknota za „normalnością”, sprawiają, że przyjaźnie nawiązywane w czasie podróży są szybsze i bardziej intensywne. Poznaję kogoś, spędzamy razem dzień lub dwa i mogę nazwać go przyjacielem, być może nawet na całe życie. Przez kilka chwil byliśmy przecież bardzo blisko, chroniliśmy się wzajemnie, zbudowaliśmy sobie fragmentaryczne poczucie domowego ogniska. Przez kilka tysięcy sekund tworzyliśmy rodzinę.

Małpy, Indie.

Małpy, Indie.

POLACY

Spotkałem sporo Polaków. Ciężko oceniać jest własny naród, bo przecież stereotyp o nas samych jest niezwykle negatywny. Nie mniej większość podróżników znad Wisły wyróżnia się kilkoma, szczególnymi cechami – Polacy nie integrują się z innymi narodami, mają „kompleks Polaka”, być może wstydzą się łamanego angielskiego.

Ander, Papmeluna, Kraj Basków.

Ander, Papmeluna, Kraj Basków.

Pierwszego Polaka spotkałem już w Mumbaju, gdy czekałem na autobus mający przewieźć mnie na safari w głębi Parku Narodowego Sanjay Ghandi. Hindusi często pytają o kraj pochodzenia – Tomek odpowiadał „Poland” i szybko dodawał „Europe” na wypadek, gdyby nie wiedzieli gdzie jest ów Poland. Jeśli tego nie wiedzą, to przecież nie mój problem, a na dodatek chętnie im to wyjaśnię. Na szczęście okazuje się, że wielu Hindusów doskonale wie, gdzie jest Polska. „Szień dobry”, „jak się masz”, „Warszawa” – tyle można czasem usłyszeć od straganiarza próbującego wepchnąć ci coś, czego nie potrzebujesz. Dla Hindusa Europa to jeden wielki, mlekiem i miodem płynący kontynent pełen możliwości. To co dla nas jest dnem piwnicy, tutaj jest szczytem wieżowca. 50 groszy to koszt miejskiego pociągu w Mumbaju. Polska, choć nie należy do strefy Euro, czego Hindusi pewnie i tak nie wiedzą, to mimo wszystko raj dla mieszkańców tego kraju.

Na parę Polaków natknąłem się w autobusie z Jaisalmer do Khuri. „Słyszę język polski!” zagadałem uśmiechnięty, wówczas nie natknąłem się na rodaka już od dwóch tygodni. „Cześć!” odpowiedziała dziewczyna, chłopak nie obdarzył mnie nawet spojrzeniem. Mógł nie usłyszeć, to prawda, ale spotkałem ich ponownie, gdy szukali noclegu w miejscu, gdzie ja akurat wynająłem łóżko. Siedzieliśmy przy stoliku we trzech – ja, Chris i Ander. Polacy zapytali mnie o warunki i ceny, po polsku. Gdy stwierdzili, że nie chcą tu zostawać odeszli nie mówiąc ani słowa. Ander zapytał pierwszy – co z nimi nie tak? Czemu się nie przywitali ani nie pożegnali? Przecież „cześć” nic nie kosztuje.

Tomer, Tel Aviv, Izrael

Tomer, Tel Aviv, Izrael

Natknęliśmy się na nich znowu w głębi pustyni. Tym razem już musieli się przywitać. Dziewczyna chętnie się do nas przysiadła, facet zniknął z aparatem między wydmami. Po jego powrocie znów odsunęli się na bok, nie oszczędzili też marudzenia, że przeszkadzamy im rozkoszować się ich prawdziwe indyjskim doświadczeniem cykając nocą zdjęcia gwiazd. Oczywiście marudzenie było po polsku – liczyli pewnie, że przetłumaczę to moim kompanom i razem skruszeni pozwolimy im kontemplować ich randez-vous. Może nie oceniłbym ich tak negatywnie, gdyby nie jeden szczegół – Adam rzucił kamieniem w psa, który kręcił się koło jego koca. Pies zakwilił z bólu i uciekł. Gratulację, wkroczyłeś na nowy poziom człowieczeństwa.

Kolejną parę młodych studentów z Katowic spotkałem w hotelu w Amritsar. Bardzo mili ludzie, miło się z nimi rozmawiało. Ale znów jedynie po polsku. Przy stoliku było nas kilku, reprezentowaliśmy kilka narodów – Polacy „trzymali” tylko ze mną. Nie mogę im mieć tego za złe, ale nie umknęło to uwadze wszystkich moich towarzyszy – „czemu ci Polacy się z nami nie przywitali?”. Co mam odpowiedzieć na takie pytanie?

Chris, Monachium, Niemcy

Chris, Monachium, Niemcy

Kolejną trójkę z Krakowa poznałem na przystanku autobusowym z Amritsar do Dharamsali. Biali pośród Hindusów szybko łapią wspólny język i też tym razem zagadałem do dwóch Brytyjczyków, którzy czekali na ten sam autobus, chwilę później pojawili się studenci z Polski. Tym razem rozmawiali w towarzystwie po angielsku, jednak w autobusie usiedli daleko od Anglików. Na miejscu chcieliśmy razem wynająć nocleg – łatwiej o niższą cenę w większej grupie – ale musieliśmy wziąć dwie taksówki, po 3 osoby w każdej, jechałem więc z Anglikami. W hotelu okazało się, że jest za drogi, a Polacy byli tu przed nami – „Dlaczego ci Polacy nie zaczekali na nas?”, zapytał Richard. No właśnie, dlaczego?

Dharamsala to małe miasto, spotkałem ich więc jeszcze kilka razy na ulicy, wyraźnie dążyli jednak do separacji. Dojrzałem ich raz z tarasu restauracji, w której byłem razem z Anglikami oraz Georgem, urodzonym w Rosji Niemcem, którego również poznałem w Amritsar, a który napatoczył się ni stąd ni zowąd. Zauważyłem na ulicy Niemca – zawołałem go, przyłączył się. Zauważyłem Polaków, zawołałem ich – machnęli ręką, powiedzieli, że się spieszą. Byłem na przemówieniu Dalajlamy i tam również obok mnie przechodził jeden z nich – nie stanął ze mną, odszedł w inny kąt.

Richard, Anglia i Georg, Niemcy

Richard, Anglia i Georg, Niemcy

Polak Polakowi wilkiem. Jestem w stanie to zaakceptować, sam też nie po to jadę na drugi koniec świata, żeby obcować z Polakami – tych mam pod dostatkiem w drodze między Tesco, a Kauflandem. Być może stronili ode mnie, bo ja sam stroniłem od nich. Ale niestety Polak każdemu wilkiem.

Nie odkryłem Nowego Świata – kulturowy problem Polaków jest dość powszechny mimo tak ogromnej liczby emigrantów. „Nasi” tworzą skupiska, odcinają się od innych, żyją w swoich grupach. Nie jesteśmy narodem kosmopolitycznym. Ciężko ocenić czy to faktycznie negatywna cecha – w końcu jesteśmy narodem niezwykle dumnym, „pomyłką historii”, która nie powinna przetrwać pomiędzy tak ogromnymi mocarstwami jak Niemcy i Rosja. A jednak jesteśmy, a nasze poczucie tożsamości narodowej jest niezwykle silne i, moim zdaniem, ważne dla świata – i może wynikać to również z tego, że jesteśmy narodem wilków.

RESZTA ŚWIATA

Będąc za granicą jesteś ambasadorem naszego kraju. Jak Tony Halik. Jak Laska z Polski. Sam nigdy nie udaję lepszego od innych ze względu na narodowość – nie jestem. Nigdy nie podkładam się jako gorszy – też nie jestem. Jestem Polakiem, z małej miejscowości około 200 kilometrów na zachód od Krakowa. Dumny chłopak, który doskonale zdaje sobie sprawę ze swojej prowincjonalności, który z miłością w głosie opowiada o swoim kraju, o jego historii, o byciu Wschodnią Tarczą Europy, o wojnach, porażkach i zwycięstwach. Staram się, aby tak widzieli mnie poznani w drodze obcokrajowcy.

Mike, Sydney, Australia

Mike, Sydney, Australia

Nie opowiem im o wielkiej polskiej literaturze – nie mam takiej. Nie opowiem o wielkiej muzyce – wszyscy słyszeli o Chopinie, ale o Szymanowskim już nie będę im wspominał – nazwisko nie do wymówienia oraz muzyka, po którą nigdy nie sięgną nie interesują Niemców, Brytyjczyków, Hiszpanów, a już tym bardziej Australijczyków czy Amerykanów. Oczywiście chciałbym, żeby sięgnęli, ale wiem, że tego nie zrobią. Nie opowiem o budowaniu światowej kultury i sztuki, ale opowiem o tym jak chroniliśmy to wszystko przez wieki, jak nasze poświęcenia poszły w zapomnienie, jak kolejne sojusze sypały się w dłoniach jak piach i jak bardzo nie ufamy dziś politycznym „przyjaciołom”. Opowiem o alkoholizmie, problemach z zatrudnieniem, wypłacie trzy razy mniejszej niż na Zachodzie. Opowiem o skokach narciarskich i mistrzostwie świata w siatkówce, opowiem o tym co mamy najlepsze i o tym co mamy najgorsze. O kraju złaknionym sukcesów i wypełnionym po brzegi ropjejacymi kompleksami. Taka jest moja ojczyzna. Innej nie mam.

Sander, Rotterdam, Holandia

Sander, Rotterdam, Holandia

W Bikaner poznałem dwóch Holendrów. Poszliśmy razem na miasto i wylądowaliśmy w podziemnym barze piwnym o kuszącej nazwie Uncle Beer Bar. Do zadymionej, małej salki wpuszczono nas przez tylne drzwi kuchni w restauracji. Czułem się jak w czasach prohibicji w USA. Poproszono byśmy zachowywali się cicho, pewnie miewali już tu problemy z pijanymi białymi turystami. Sander i Thom „kpili” z Polski w każdy możliwy sposób. „To ten kraj, który przegrał wojnę w 1 dzień?”, „to tam, gdzie wysłaliście kawalerię na czołgi?”. Nie byłem dłużny. „Przegraliśmy w jeden dzień, wy przegraliście w kilkanaście minut”, śmialiśmy się razem, a po każdym żarcie wznosiliśmy toast – za Ebiego Smolarka i Leo Beenhakkera. Rozstaliśmy się w wielkiej przyjaźni. Żart na temat kraju i narodowości to nie to samo co obelga.

W Udaipur przez jakiś czas przebywałem z parą Izraelczyków. Chłopak starał się kiedyś nawet o polski paszport, ale nie otrzymał go. Był w Polsce, gdzie odwiedzał Oświęcim oraz dawne getta w Krakowie i Warszawie. „Polska kojarzy mi się jedynie z ziemniakami i kapustą”, usłyszałem gdy pływaliśmy razem w Tiger Lake pomiędzy zielonymi wzgórzami Rajasthanu, „Warszawa to najbrzydsze miasto w jakim kiedykolwiek byłem” dodał gdy nasz kompan, Australijczyk, pytał go o to jak jest nad Wisłą, bo sam nie miał w głowie żadnego obrazu. Odpowiedziałem jedynie w formie żartu, że Warszawa została całkowicie zniszczona podczas wojny, więc to co oglądał nie było zacofaniem, lecz błyskawiczną odbudową. Nie uniosłem się. Nie musiałem wystawiać mu żadnego świadectwa, zrobił to sam przed Mike’m z Australii i Glaubertem z Brazylii. Obaj później przyznali, że zachowanie Izraelczyka było co najmniej dziwne – gdybym wyjechał wtedy z armatami w obronie polskości zszedłbym na jego poziom, a wówczas reszta kompanii postrzegała by mnie jako Ziemniaka ze Schabowym.

Glauber, Porto Allegre, Brazylia

Glauber, Porto Allegre, Brazylia

Do niewielkiego starcia doszło wieczorem tego samego dnia, w restauracji, gdzie próbowałem mojego pierwszego Thali. Omm, bo tak miał na imię czarny charakter, zaśmiał się ze mnie, gdy popełniłem pomyłkę w angielskim. Ktoś, kto sam nie jest „native speakerem” wszedł na wyżyny swojej doskonałości, by zakpić z obcego języka, którym posługuję się biegle – choć przyznam, wcale nie doskonale. Po jego komentarzu rzuciłem szybko „czy to ty mi mówiłeś, że odmówiono ci polskiego paszportu? Ja się nigdy o izraelski nie starałem”. Zamilkł i zrozumiał, że to koniec jego kartoflanej dominacji. Ostentacyjnie nie dodał mnie do znajomych na facebook’u.

Nie jest łatwo być Polakiem w drodze. Negatywne stereotypy żrą nas od środka tak samo jak i z zewnątrz. „Ciężko pracujecie, ale za dużo pijecie wódki” mówiła Zoey, która jako ratownik medyczny miała do czynienia z zarzyganymi Polakami z Birmingham, którzy po dwóch latach pobytu na Wyspach nie potrafili dobrze mówić po angielsku. „Lubimy Polaków, którzy do nas przyjeżdżają, ale  czasem boję się tych wielkich, którzy chodzą w dresach adidasa” mówił Thom z Rotterdamu. Nie dość, że wprost powiedziano mi negatywy o Polakach, to jeszcze zdania te krzyczą więc niedomówieniami. „Mam złe zdanie o Polakach, a oto siedzi przede mną jeden i co mam mu powiedzieć”, myśleli. „Powiem coś miłego, a potem dodam trochę prawdy”.

Derek, Calgary, Kanada

Derek, Calgary, Kanada

Trafili w końcu na mnie – pierwszego Polaka, którego mieli okazję poznać na dłużej. Ander i Chris zapomną o parze, która nie potrafiła się przywitać, ale zapamiętają kilkudniową podróż przez pustynię w moim towarzystwie. Magnus, Grant i Teresa zapomną o polskich studentach, którzy zdawali się ich nie zauważać, ale zapamiętają faceta, który wieczorami grywał z nimi w szachy. Richard, Tom i Georg zapomną Polaków, którzy nie zaczekali w hotelu, a później minęli ich na ulicy śpiesząc się na bardzo ważne spotkania – zapamiętają chłopaka z kraju pomiędzy Niemcami, a Rosją, z którym rozmawiali o sytuacji i prawach kobiet w Indiach.

Anglikom ze śmiechem wspomnę, że Polska tylko raz wygrała z nimi w piłkę nożną, mimo iż gramy ze sobą w co drugich eliminacjach. Norwegom powiem, że uwielbiam Marit Bjoergen, bez niej medale Justyny Kowalczyk nie były by tak cenne. Niemcom przyznam, że Mirek z Opola nie byłby najlepszym piłkarzem w historii Mistrzostw Świata, gdyby nie wyjechał do ich kraju. Francuzom powiem, że ich rodaczka, Maria Curie, urodziła się w Warszawie. Włosi dowiedzą się ode mnie, że opiewamy ich naród w naszym hymnie narodowym. Wszystkim im powiem, że Polska to kraj taniej siły roboczej dla Zachodniej Europy – choć przecież nie dlatego, że my tak wybraliśmy. Wszystko to jest prawdą, a nic z tych rzeczy nie uwłacza ani mnie, ani Polsce.

Ci wszyscy ludzie zapamiętają bardzo wiele liter P. Zapamiętają Patryka, gościa, który przez kilka dni męczył ich twardym, słowiańskim akcentem.  Zapamiętają Polaka, który nie czuł kompleksów mówiąc, że ziemniaki i kapusta to jego danie narodowe – przecież Ziemniaki uwielbiam, a Kapustę – wręcz kocham. Zapamiętają Patriotę, który wie, że jego kraj nie rządzi światem, ale zasługuje na szacunek za cierpienia, które poniósł kosztem innych – i wiem, że ten szacunek od nich otrzyma. Zapamiętają Przyjaciela, który czeka, aż odwiedzą go, by móc na własnej skórze sprawdzić to, o czym opowiadał.

Mike i Zoey, Birmingham, Anglia

Mike i Zoey, Birmingham, Anglia

Wyczyściłem stereotyp. Postawiłem Polaka na równi ze wszystkimi narodami świata.

W małej restauracji w górskiej wiosce McLeod Ganj spędzałem wieczór z Giacomo z Włoch i Emerit z Meksyku. Przez długie godziny przy piwie rozmawialiśmy o równości kultur i religii, o ewolucji społeczeństw, o możliwych kierunkach rozwoju świata, o naszej cywilizacji. Mieszkanka rajskiego Playa de Carmen spojrzała na mnie w pewnym momencie, uśmiechnęła się zamyślona i powiedziała jeden z największych komplementów, jakie kiedykolwiek usłyszałem – „Po poznaniu Ciebie na prawdę mam ochotę odwiedzić Polskę”.

Jestem Patryk. Ambasador Polski na świecie.

Patryk, Opole, Polska

Patryk, Opole, Polska

6 komentarzy

  1. Oby tak dalej! Im więcej normalnych Polaków, normalnych w kontaktach z innymi, tym więcej ludzi spojrzy inaczej na nasz kraj. Bo wszystko to co napisałeś o naszych rodakach drugim końcu świata niestety zbyt często jest prawdą. Kulkuktrotnie podróżowałem sam i za każdym razem łatwiej było nawiązać kontakt z innymi obcokrajowcami niż ze spotkanymi rodakami. Już na wstępie można było się odbić od jednej z tych naszych klasycznych min, które w najłagodniejszym wydaniu mówią „nie podchodź!”. Smutne to i nie na darmo mamy u często niepochlebną opinię. Na szczęście coraz więcej podróżuje ludzi, którzy mają twoje podejście i otwartość. I w tym nadzieja, że otwartość i ciekawość z czasem wyprze strach i kompleksy. Co ciekawe o ile wśród innych białasów mamy opinię grurów, to lokalsi z Azji czy Afryki często uważają nas za naród bardziej przyjazny niż np. Niemcy, Anglicy czy Amerykanie, Kiedyś usłyszałem, że „wy tak się nie wywyższacie i rozmawiacie z nami normalnie”. Podobno inni nie zawsze. Może łatwiej nam jest zbliżyć się do prostych i biednych miejscowych, niż do bogatych, sytych i pewnych siebie Europejczyków. Jeszcze 20-30 lat temu sami byliśmy trochę trzecim światem, a europejskim „rajem” jesteśmy od bardzo niedawna i daleko nam jeszcze do bogatszych rajów. Bardzo złożony temat. Dobrze wiedzieć, że są ludzie którzy tę złożoność zauważają. Pozdrawiam.

    • patrykszymanski

      Święta prawda – Polakom łatwiej zbliżyć się do biedniejszych tubylców. Szybko zaprzyjaźniam się z obsługą hotelu czy innymi przewodnikami. Zawsze staram się zapamiętać imiona, pogadać jak człowiek. Po innych widzę, że odnoszą się do tych samych ludzi z wyższością. Niekoniecznie wynika to z narodowości, ale raczej ze „sposobu podróżowania” – plecakowicz też jest biedaczkiem, który jedynie szuka schronienia i taniego posiłku. Na „zwyczajnych” wakacjach nie zaprzyjaźniasz się, bo po prostu liczysz na dobrą i sprawną obsługę.

      Pozdrawiam!

  2. Chociaż ostatnimi czasy rzadziej lukam na blogi, to wczoraj zacząłem czytać tutaj o temacie który, ciągle za mną chodzi… Zaproszony jednak do znajomych, by obejrzeć mecz ( jak się później okazało stający się historią, bo pokonaliśmy mistrzów świata i na dodatek chyba po raz pierwszy od zawsze :) ) musiałem przerwać czytanie. Dzisiaj pomimo iż napięty grafik wracam by dokończyć…
    Świetny tekst! Dużo podobnych sytuacji swojego czasu mnie spotkało, w czasach gdy włóczenie się po świecie szło jakoś łatwiej. Dzisiaj rzeczywistość zmusiła by na chwile odpuścić, ale fajnie zobaczyć, że niektórzy cały czas dają radę. Tak więc nie zwalniaj stary! Pozdrawiam :)

  3. Marcin Nowak

    Świetny tekst. Dlatego, że taki pasujący do nas wszystkich. Każdy z nas czuje trochę to samo, te same emocje, odczucia i subtelne rozmyślania :) To tak jak ze wspominaniem hitów lat 90-tych – gumy turbo, Światów Wiedzy i Tsubasy :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *