Park Narodowy Big Bend i Fandango!

Siedząc na wysokiej skale pośród suchego morza zimnego piachu, podziwialiśmy narodziny nowego dnia. Promienie słońca pojedynczo wypełzały zza widnokręgu, sięgając coraz dalej, kradnąc nocy ostatnie wdechy chłodnego powietrza. Pustynia nagrzewa się szybko, w kilkanaście minut horyzont spłynął drżącymi falami gorącej aury. Dziś pożegnać mieliśmy Teksas, stan o charakterze zbyt silnym, by móc uczynić to zwykłym „do widzenia” czy banalnym machnięciem ręki. Samotna Gwiazda jeszcze tylko przez kilka godzin miała oświetlać nam drogę.

Ewelina z Teksasem w tle

Ewelina z Teksasem w tle

BRAMA DZIKIEGO ZACHODU

Dziki Zachód rozpoczynał się tam, gdzie kończyło się prawo. Jego zdobywcy rządzili się sami. Ci, którzy rozumieli pojęcie „sprawiedliwość”, byli zarówno sędziami jak i katami. Siali ład pośród żółtych skał Nowego Świata. Sędzia Roy Bean był ostoją bezpieczeństwa na granicy Dzikiego Zachodu. Rządził w małym miasteczku Langtry, do którego trafiliśmy w pełnym blasku dnia, a które dziś sennie spoczywa na krawędzi suchego jak pieprz kanionu Rio Grande.

Chata Roya Bean'a

Chata Roya Bean'a

Ulice i podwórka Langtry są całkowicie puste. Miasteczko wydaje się wymarłe. Odwiedzamy jednak punkt informacyjny oraz muzeum Roya Beana – saloon, który prowadził, a który jednocześnie był salą rozpraw i aresztem. „Dokąd konkretnie w Teksasie się wybieracie?” mocnym teksańskim akcentem zapytała uprzejmie kustoszka muzeum. „Big Bend National Park” odpowiadamy uśmiechnięci. Nie jest to popularny kierunek wśród obcokrajowców,Teksanka uśmiechnęła się, „Jest tam pięknie o tej porze roku” powiedziała i wręczyła nam pamflety dotyczące parku, jego fauny, flory, atrakcji i campingów. „A czy wybraliście już camping, na którym chcielibyście przenocować?”, zapytała. „Tak, Chisos Basin” mówimy. „Ach, ten najfajniejszy”.

Góry Chisos

Góry Chisos

Gdy robiłem sobie zdjęcia przed drewnianą chatką, z której okolicą rządził człowiek nazywany „Prawem na Zachód od Pecos”, żałowałem, że nie mam kapelusza. Prawdziwego, kowbojskiego kapelusza. Jestem w końcu w Teksasie, pewnie bez problemu można go tu kupić na każdym kroku. „Kapelusz?” spytała staruszka – „najbliżej dostaniesz go w Marathon”… Ponad 100 mil stąd i nawet nie po drodze. Czarny, dodający charyzmy i hartu kapelusz kupiłem dopiero kilka dni później, w innym stanie, ale ta historia musi poczekać.

Droga do Big Bend National Park zajęła nam resztę dnia. Cięliśmy pustynie Teksasu zachwyceni własną wolnością. Do celu dotarliśmy już po zmroku, a namiot przyszło nam rozbijać oświetlając sobie teren lampami samochodu.

Pustynia Chichuahua i góry Chisos

Pustynia Chichuahua i góry Chisos

PARK NARODOWY BIG BEND

Nad nami niebo ciemne jak węgiel. Wokół pumy i niedźwiedzie, które, nieprzyzwyczajone do obecności ludzi, nie boją się nocami penetrować obozowisk. Otoczeni górami Chisos spoglądamy w niebo zaskoczeni, że może być ono tak czyste. Najbliższa metropolia, której światła i hałas mogłyby zakłócać nasze katharsis to prawdopodobnie meksykańskie Chihuahua położone ponad trzysta kilometrów stąd. Ciszę od czasu do czasu przerywa jedynie brzęczenie cykad. Góry Chisos – nasz dom na najbliższych kilka dni.

Niebo nad Chisos Basin

Niebo nad Chisos Basin

Nazwa Chisos otoczona jest legendami tak barwnymi jak sama historia tych terenów. Jedno z podań mówi o wodzu Apaczów, Alsate, który ukrywał się w tych górach przed gniewem hiszpańskich konkwistadorów, a „chisos” to jego duch, który na wieki pozostał między skałami. Inna wersja mówi, że „chisos” to liczba mnoga od słowa „chis”, które oznacza „szczęk oręża”, który to miał być słyszany nocami, gdy duchy hiszpańskich żołnierzy powracały, by toczyć swoje bitwy. Najprawdopodobniej jednak słowo „chisos” to ewolucja hiszpańskiego słowa „hechizos”, które oznacza „czary” lub „urok”.

W XVIII wieku otoczone pustynią Chihuahua Góry Chisos stały się siedzibą Apaczy Mescalero, którzy organizowali rajdy na hiszpańskie osiedla Coahuila i Nueva Vizcaya na południe od Rio Grande. W 1747 roku gubernator Coahuili, Pedro de Rabago y Teran, zorganizował pierwszą w pełni europejską wyprawę nad Big Bend, czyli wielkie zakole rzeki, która dziś oddziela USA od Meksyku. W latach 70. i 80. XVIII wieku organizowano liczne ekspedycje przeciwko Mescalero, aż zepchnięto ich w dół, do północnego Meksyku. W XIX wieku w górach powstał Szlak Komanczów, najpierw wykorzystywany przez Indian podczas najazdów na okoliczne wioski, następnie stopniowo poszerzany przez białych osadników, traperów, kolonistów i żołnierzy. Od 1944 roku Góry Chisos należą do Parku Narodowego Big Bend i są jedynym pasmem górskim Stanów Zjednoczonych, które w całości leży na terenie Parku Narodowego.

Góry Chisos

Góry Chisos

Pustynia Chihuahua była dla ludzi domem już 10 tysięcy lat temu. Żywili się oni pustynną roślinnością, z której tworzyli też medykamenty. Wyrabiali koszyki oraz buty z liści lechugilla. Polowali na jelenie oraz pustynne króliki używając prostych, kamiennych narzędzi. Z czasem zaczęli uprawiać fasolę oraz kukurydzę. Ta prymitywna kultura nie przetrwała jednak do dziś przerzedzona najpierw przez Apaczów, wybita do reszty przez hiszpańskich konkwistadorów. Zakole Rio Grande dawało życie i kształtowało ten teren przez eony.

Pierwsze kroki kierujemy do Kanionu Boquillas, wyrzeźbionego przez słynną Rio Grandę. Gdy docieramy do brzegu rzeki, okazuje się, że nie jest ona taka Grande jak mogłoby się wydawać. Nie jesteśmy jednak zaskoczeni, John Wayne w niejednym filmie pokazywał, że do przekroczenia Wielkiej Rzeki wystarczy średniej wielkości koń. Piesze trasy w USA nie są tak popularne jak w Europie, do tego wrześniowy upał skutecznie odstrasza nieprzygotowanych turystów, na szlaku jesteśmy więc sami.

Rękodzieło Meksykańskie

Rękodzieło Meksykańskie

Na skałach co jakiś czas rozstawione są niewielkie straganiki z ręcznie wykonanymi z miedzianych drucików figurkami skorpionów i kaktusów, obok których stoi cennik. Pieniądze za figurki zasilać mają fundusz meksykańskiej szkoły. Co ciekawe Meksykanie, którzy zajmują się sprzedażą obserwują nas z drugiej strony rzeki. Widzimy też grupkę Meksykanów na koniach, z których jeden pokonując rzekę przygląda mi się bacznie, by w pewnym momencie pozdrowić uniesieniem ręki. Domyśliłem się, że zarówno sprzedaż figurek, jak i przejście tajemniczego jegomościa przez rzekę są nie całkiem legalne, możliwość zarobku na amerykańskich turystach jest jednak zbyt kusząca dla Latynosów, by ci mieli przestrzegać prawa, gdy w okolicy nie ma żadnej kontroli granicznej.

Śpiewający Meksykanin Jesus

Śpiewający Meksykanin Jesus

Gdy dochodzimy do wylotu kanionu, zza skał dobiega nas niesiony echem męski głos śpiewający coś po hiszpańsku. Nim naszym oczom ukazał się śpiewający dziwak natrafiliśmy na kubełek podpisany „darowizny dla Śpiewającego Meksykanina Jesusa”. Uprzejmy staruszek z wielkimi siwymi wąsiskami pozdrowił nas machając słomianym kapeluszem i namawiał do wspólnego śpiewania. Gdy rzucałem drobne do jego skarbonki wychylał się patrząc bacznie czy aby go nie okradam. Śpiewał jeszcze chwilę po czym wsiadł w swoje czółno i wrócił do ojczyzny. Przypomniała mi się scena ze Śpiewającym Krzewem z komedii „Trzej Amigos”. Może trzeba było Jesusa zapytać o drogę do skarbu?

Co łaska dla Jesusa

Co łaska dla Jesusa

W ciągu kilku dni pobytu w parku staramy się spenetrować jak najwięcej szlaków. Nieutwardzoną drogą dojeżdżamy do gorących źródeł malowniczo położonych wśród trzcin, tuż pod stromą skalną ścianą. Na pustyni zatrzymujemy się także w Dugout Wells, stworzonej przez człowieka oazie. Pod koniec XIX wieku osadnicy dokopali się tu do źródełka, które na powierzchnię pompuje mały wiatrak. Wyrosłe tutaj drzewa stały się domem i schronieniem dla wielu pustynnych zwierząt, a przysiadając w cieniu można wsłuchać się w dźwięki, jakich zwykle nie słychać w głębi pustyni. Obok dawnej farmy znajduje się pustynny szlak, na którym dowiedzieć się można, że pustynia z pewnością nie jest taka pusta jak mogłoby się wydawać. W okolicy uważać trzeba na dziki Javelina, węże i… tarantule. A pośród niskich krzaczków można natknąć się na Roadrunnera, w Polsce znanego też jako Struś Pędziwiatr, który ze strusiem ma wspólnego jedynie to, że obaj są ptakami. Na tarantulę trafiamy innym razem – bydlak przebiegł nam drogę, na szczęście byliśmy wtedy w aucie. Według mnie pajor był wielkości dłoni, Ewelina twierdzi, że tylko nieco mniejszy od niedźwiedzia.

Wierzchem przez Rio Grande

Wierzchem przez Rio Grande

Gdy wokół nas biegają dziki, spoglądamy jak przed nami, pośrodku morza piasku, niczym zielona wyspa wyrastają góry Chisos. Izolacja sprawiła, że flora i fauna gór stała się niepowtarzalna, a występujące tu gatunki ciężko znaleźć gdzie indziej na świecie. Góry najbardziej słyną z niedźwiedzi i pum, które można spotkać na tutejszych szlakach. Najwyższym i najbardziej charakterystycznym szczytem Chisos jest Emory Peak, nazwany tak na cześć Williama H. Emory’ego, oficera armii amerykańskiej i badacza tych terenów. Tuż pod szczytem, w przepięknie położonej kotlinie Chisos Basin, znajduje się nasz obóz kempingowy. Rozpoczynają się tutaj szlaki na wspomniany szczyt Emory, górę Casa Grande, obrazowo nazwany szlak Lost Mine oraz najsłynniejszą w parku trasę do The Window.

Szlak przez pustynię i oaza Dugout Wells w tle

Szlak przez pustynię i oaza Dugout Wells w tle

Szlak The Window ciągnie się przez 2,8 mili w jedną stronę. Mimo, iż pamflety opisują tę trasę jako najpopularniejszą, po drodze spotykamy jedynie dwóch Francuzów. W czasie marszu wokół obserwuje się ogromne zróżnicowanie przyrodnicze – spacer zaczyna się na pustyni, po chwili wkracza się w pełen cyprysów, jodeł i sosen las, kroczy się korytem wyschniętej rzeki, by wreszcie wejść w kanion zakończony słynnym Oknem, czyli wyłomem, z którego rozciąga się piękny widok na zachodnią stronę pustyni Chihuahua. Szlak gwarantuje kontakt z dzikimi zwierzętami – nam drogę przeciął szary kojot. W ciszy skał próbowaliśmy wyłapać mruczenie dzikich kotów, ale te nie wyszły nam na spotkanie.

The Window

The Window

Gdy wieczorem ostatniego dnia uczcić chcemy nasz pobyt butelką teksańskiego wina, okazuje się, że nie mamy korkociągu. Chodząc po obozie i szukając dobrej duszy, która pomoże dobrać się do procentów, natrafiam na dwie Teksanki, z których jedna była kiedyś w Polsce. W Wiśle odwiedzała swoją znajomą dwa czy trzy lata wcześniej, w lutym. Przyjeżdżają Jankesi w Polskie góry zimą, a potem tworzą stereotypy o Polsce jako zimnym kraju. No cóż – jest zima to musi być zimno.

Wyjechaliśmy z Big Bend o świcie, podziwiając wschód słońca nad pustynią. Dziś miało dokonać się Fandango.

Śniadanie zjedliśmy w miejscowości Lajitas. Jajka sadzone, bekon, tosty z masłem, pokrojone w kostkę ziemniaczki i pyszna kawa. Amerykańskie śniadania to coś, za czym tęsknię najbardziej. Uprzejma kelnerka posadziła nas przy stoliku, z którego mieliśmy piękny widok na kanion Rio Grande. Wyjechaliśmy bardzo wcześnie, bo następny nocleg zamierzaliśmy spędzić w Silver City, w głębi Nowego Meksyku. Czekało nas kilkaset mil drogi, około 8 godzin jazdy autem.

Emory Peak

Emory Peak

„FANDANGO”, reż. Kevin Reynolds, 1985.

W blasku poranka, na skalistym wzgórzu nad Rio Grande powoli zjechałem na pobocze. GPS wskazywał, że oto jestem w miejscu, do którego od początku dążyłem. Wysiadam z auta i z dzikim uśmiechem na ustach przechadzam się wśród skał. Oto jest – Dom Rock – główny bohater filmu, od którego wzięła się nazwa mojego bloga.

Śniadanie w Lajitas

Śniadanie w Lajitas

Dokonałem swojego Fandango. Wszystkie negatywne myśli osób, czy to zbyt mało odważnych, czy po prostu życzących mi źle odbijały się echem w kanionie pod moimi stopami.

„Po co tam jedziesz?” – po to aby stać na granicy USA i Meksyku i w symbolicznym dla mnie miejscu wznosić w górę butelkę wina.

„Nie masz na co pieniędzy wydawać?” – mam, na podróż przez USA.

„W domu byś siedział” – no cóż. Ty w nim siedzisz i właśnie czytasz o tym co ja przeżyłem.

„To strata pieniędzy” – Podróż, to jedyna rzecz, na którą tracisz pieniądze, a która czyni cię bogatszym

„Nie uda ci się” – hmm…

Cheers, mate!

Cheers, mate!

Zamknąłem oczy, podniosłem twarz do słońca i chłonąłem chwilę. Nic nie jest niemożliwe. A to przecież nie był cel mojej podróży – to dopiero jej początek. Za mną Nowy Orlean, bagna Luizjany, Teksas – wyspa Galveston, Houston, San Antonio, Big Bend National Park. Przede mną? Kilka tysięcy mil wolności.

Stojąc nad krawędzią przepaści, przed oczyma mając ciągnące się po horyzont skaliste wzgórza Teksasu, umysł i serce miałem całkowicie oczyszczone. Myśli – proste i gładkie niczym tafla jeziora na sekundy przed burzą. Krew – czystą i gorącą niczym woda tuż przed wrzeniem. Wziąłem głęboki wdech.

Kilkadziesiąt mil dalej, w miejscowości San Elizario, odnaleźliśmy małą altankę, w której w 1985 roku nakręcono scenę ślubu. Złapałem Ewelinę w talii, chwyciłem jej dłoń. Zatańczyliśmy.

 

<- Poprzedni Post  FANDANGO USA Następny Post ->

SPIS TREŚCI

Widok ze wzgórza Dom Rock

Widok ze wzgórza Dom Rock

Jeden komentarz

  1. ogloszenia w wielu kategoriach

    Czegos takiego szukalam! super strona. pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *