Teksas znaczy Przyjazny

Stojąc na pustyni w głębi Teksasu, pośród suchych, białych wzgórz otaczających rzekę Pecos, spoglądałem w uśmiechnięte oczy Eweliny. Otaczał nas absolutny bezkres. Prosta, płaska droga ciągnie się po horyzont przed i za nami. Ostatnie auto minęło nas dobre kilkanaście minut temu. Ideą podróży jest powrót do natury. Kontakt z tym, czego nie jesteśmy w stanie doświadczyć w monotonii szarego, miejskiego życia. Gdy patrzę w złote oczy pustyni, czuję, że ona odwzajemnia to spojrzenie. Witaj – mówi – czekałam na ciebie całe twoje życie. Marzyłeś o mnie i oto jestem. Teksas, Dziki Zachód, Ameryka, Podróż, Wolność – nazywaj mnie jak chcesz.

Droga przez Teksas

Droga przez Teksas

Odkrywanie Stanu Samotnej Gwiazdy zaczęliśmy od wschodu, 31 sierpnia 2013. Na południowym horyzoncie widząc już przerażająco ogromne platformy wiertnicze, wyjechaliśmy z Luizjany mostem nad bezimienną rzeką wylewającą słodkie wody jeziora Sabine w goracą paszczę Zatoki Meksykańskiej. Obowiązkowe zdjęcie ze znakiem „Welcome in Texas”. Zerkając na białą gwiazdę lśniącą dumnie na każdej stanowej fladze mieliśmy ogromne oczekiwania wobec bram Dzikiego Zachodu. Nie zawiedź nas – myśleliśmy.

Słowo Texas pochodzi z języka narodu Caddo, wspólnoty kilku plemion Indiańskich zamieszkujących kiedyś dorzecze Mississippi. „Tejas” oznacza „przyjazny”. Pierwszy kontakt z Texasem możemy nazwać zaskakującym. Było zaskakująco… normalnie. Autostrady, supermarkety, miasteczka niczym nie różniące się od tych z Luizjany czy dalekiej Pensylwanii. Jedynie kontenery, rafinerie i tankowce zacumowane przy dokach sugerują gdzie jesteśmy. Im dalej w głąb kraju, tym więcej małych naziemnych platform wiertniczych – „młotków” pompujących z wnętrza ziemi płyn, dla którego ludzie giną chętniej niż dla złota. Pompowanie aż poleje się ropa. Aż poleje się krew.

Zataczamy ogromny łuk i docieramy znów nad wody Zatoki Meksykańskiej. Przy zachodzącym słońcu, wzruszeni spacerujemy po pustej plaży. Na pamiątkę zabieramy małą muszelkę – zalążek naszej amerykańskiej czary, pamiątki, którą stworzymy sami, i która dziś z półki milcząco skupia nasze wspomnienia.

Zachód słońca nad Zatoką Meksykańską.

Zachód słońca nad Zatoką Meksykańską.

BESTIA Z GALVESTON

Gdy docieramy do celu podróży, jest już po zmroku. Na pokładzie promu, który przewozi nas na wyspę Galveston stoimy wtuleni w siebie, zachłyśnięci szczęściem, a obok nas małe dzieci biegają uciekając przed falami, które roztrzaskując się o kadłub statku, oblewają pokład. Na drugim brzegu widzimy kolorowe światła bogatego teksańskiego kurortu.

Rafinerie Teksasu.

Rafinerie Teksasu.

Na swoje pole kampingowe docieramy późnym wieczorem. Jesteśmy dziś ostatnimi gośćmi – uśmiechnięte strażniczki Parku Stanowego Galveston wskazują nam nasze miejsce, wyjaśniają zasady parku i opowiadają o swoich polsko-ukraińskich korzeniach. Namiot rozbijamy w całkowitych niemal ciemnościach, a na okrągłym polu pośrodku dzikiej przyrody są z nami jedynie dwie inne grupy. Od najbliższych zabudowań oddaleni jesteśmy dobrych kilka mil, ciszy wylewającej się z mroku nie przerywa więc żaden dźwięk. Słyszymy każdy ruch nocnych drapieżników, które wyczuwając jedzenie zbliżają się do obozowiska. Gdy w namiocie wczytujemy się w mapy i przewodniki, zaniepokojony co chwilę wyglądam na zewnątrz oświetlając latarką okolice naszego namiotu. Zdawało mi się, że coś widziałem – szepczę. Nie strasz mnie – odpowiada Ewelina robiąc dobrą minę do złej gry – jesteś przewrażliwiony.

Wyspa Galveston.

Wyspa Galveston.

Jednak cisza przerywana od czasu do czasu mruczeniem i piskami dzikich zwierząt nie daje mi spokoju. W końcu, gdy po raz dziesiąty wyjrzałem z namiotu, latarką poświeciłem prosto w pysk bestii. Szop! Może trochę przesadzam, ale wydaje mi się, że był dwa razy większy od naszego namiotu (Ewelina twierdzi, że był wielkości średniego psa). Spojrzał na mnie. W jego znudzonym wyrazie twarzy wyczytałem, że trochę się rozczarował. No nie – pomyślał – przyłapali mnie, a już byłem tak blisko! Tak czy inaczej odwrócił się i pokazując nam swój tłusty zad, chwiejnym krokiem odszedł w stronę sąsiedniego namiotu.

Tam odnalazł raj na ziemi – amerykańska rodzinka rozbiła potężne obozowisko: dwupokojowy namiot, jeep oraz naczepa, która robiła za magazyn i kuchnię. Kiedy szop wpadł między garnki, spokój i cisza nocy odeszły w zapomnienie. Problem w tym, że rodzinki nie było wówczas w namiocie, a ja byłem jedynym, który mógł obronić ich dobytek. Wyszedłem z namiotu mimo wyraźnych sprzeciwów Eweliny. Wolałem jednak nie ryzykować bezpośredniego starcia z krwiożerczym szopem, obszedłem więc obóz sąsiadów w koło,  próbując odstraszyć zwierzaka światłem latarki i kamieniami. Po jakimś czasie wszystko umilkło i mogłem wrócić do namiotu.

Bagna Galveston.

Bagna Galveston.

Pierwsza z łazienki wróciła niestety córeczka, około ośmioletnia dziewczynka. Znów poczułem obowiązek chronienia obozowiska sąsiadów, tym bardziej, że właśnie przestało być śmiesznie. Zwierzę było dzikie i rozmiarami niewiele różniące się od dziewczynki (chyba nawet dwa razy takie!). Znów śmiesznie zaczęło być gdy zdałem sobie sprawę, że nie mogę przecież wejść sam do namiotu z małą dziewczynką, w nocy, w dziczy, pod nieobecność jej rodziców. Nie mogłem też patrolować okolicy, bo czający się pod namiotem facet z latarką również nie wygląda zbyt normalnie. Stanąłem więc jedynie koło swojego auta i zaczekałem na dredziastego tatę – wokół twojego namiotu krąży duże zwierzę – powiedziałem. Aha – niezbyt wylewnie odpowiedział regge-tata.

Rano następnego dnia uśmiechnięty tatko z sąsiedztwa podszedł jednak wdzięczny, mówiąc, że widział szopa (większy od jeepa!!!) i powiedział, że przyjechali tu z okazji urodzin synka. Wszystkiego najlepszego! Po śniadaniu zwinęliśmy obóz i wyruszyliśmy na fotograficzną wyprawę przez Park Stanowy Galvestone. Tutejsze mokradła są rezerwatem dzikiego ptactwa i dają możliwość złapania w obiektyw kilku pięknych i rzadkich okazów. Widzimy rybaków, którzy przyjechali odpocząć przy piwie od swoich żon, oglądamy rodziny, które na kajakach przedzierają się przez bagna. Niebo jest czyste, a słońce grzeje nam w głowy tak mocno, że szybko kończymy z bagnami i udajemy się na plażę.

Plaża Galveston.

Plaża Galveston.

WYSPA PIRATÓW

Kilka wieków temu władcą wyspy Galveston był Jean Lafitte, którego poznaliśmy już wcześniej w Nowym Orleanie. Korsarz trafił tu jako hiszpański szpieg podczas Meksykańskiej Wojny o Niepodległość. Po dwóch tygodniach od przybycia całkowicie kontrolował wyspę. Pod jego rządami powstało tu pirackie miasteczko zamieszkane przez około dwieście osób, niemal wszyscy trudniący się korsarstwem. Kwaterą główną portu był duży drewniany budynek, który kapitan kazał przemalować na czerwono i który znany był jako Maison Rouge. Sam Lafitte mieszkał na pokładzie swojego okrętu – The Pride.

Ewelina i Mewa Monika.

Ewelina i Mewa Marta.

W krótkim okresie swojego panowania na Galveston Lafitte szybko rósł w siłę. Jako doskonały polityk zarządził, aby jego okręty pływały pod meksykańską banderą, nie przyłączały się jednak do działań rewolucyjnych – w ten sposób oddalił od siebie gniew obu stron konfliktu. W tym czasie trudnił się przemytem – współpracował z Jimem Bowie’m, amerykańskim bohaterem, którego na swojej drodze spotkaliśmy później w San Antonio – i handlem niewolnikami i właśnie to ostatnie było przyczynkiem do końca galvestońskiego el dorado. Amerykańskie okręty gnębiły port, a do tego piraci ściągnęli na siebie gniew Indian Karankawa, którzy nękali kolonię niewielkimi najazdami. Co prawda artyleria piratów szybko rozprawiła się z prymitywnym plemieniem, jednak straty w ludziach były w tym przypadku nie do pokrycia (piraci nie zakładali rodzin). Ostatecznie piratów z Galveston wymiótł jednak huragan, który zatopił sporą część wyspy. Lafitte opuścił port  w 1821 roku zostawiając po sobie jedynie zgliszcza, a na pokład zabierając swoją żonę – mulatkę, małego synka oraz skarb, który uzbierał przez lata. Legendy mówią oczywiście o tym, że pirat nie ryzykował zabierania wszystkiego i jego złoto wciąż leży zakopane gdzieś pod piaskami wyspy Galveston.

Mewa na plaży.

Mewa na plaży.

Zanurzając się w ciepłych wodach Zatoki rozmyślamy o jej przeszłości. Wyrastające z wody na horyzoncie platformy wiertnicze nic wspólnego nie mają już z XVIII wiecznymi piratami. Jeżdżący hummerami, mieszkający w luksusowych domkach na plaży Amerykanie tą część swojej historii traktują jedynie jako zabawne legendy. Dziś po plażach zamiast piratów biegają metroseksualni playboye pokroju Johnny’ego Bravo, którzy uśmiechnięci łypią na opalającą się w wodzie Ewelinę. Nie dla psa kiełbasa Jankesy!

Na plaży swoje gniazda miały kiedyś żółwie, które jednak zniknęły stąd pod wpływem działalności człowieka. Władze rozstawiły co jakiś czas tabliczki, które instruują co robić aby żółwie wróciły – nie zostawiaj śmieci, nie dotykaj zwierząt itd. Ale plaży nie zamknięto. Żółwie już nie wrócą – nie rozumiecie tego? Wypędzone ze swojego środowiska wyginą, zostaniemy tylko my i karaluchy. Nie muszę być biologiem, żeby to zrozumieć.

Plaża pełna jest natomiast ptactwa, które przy mocnym wietrze potrafi zawisnąć nad opalającymi się ludźmi i, gdy pojawi się szansa, podjadać to co ze sobą przynieśli. Nasze mewy zżerały nam czipsy. Najbardziej towarzyską nazwaliśmy Marta. Wydawało mi się nawet, że gdy odjeżdżaliśmy, to w oczkach Mewy Marty widziałem łzy tęsknoty.

Alamo.

Alamo.

PAMIĘTAJCIE O ALAMO!

Pożegnaliśmy wyspę Galveston w pełnym słońcu wczesnego popołudnia. Oddalaliśmy się od wód Zatoki i udaliśmy na północ, w stronę Houston i autostrady międzystanowej nr 10, która miała zaprowadzić nas do San Antonio, ponoć najpiękniejszego miasta amerykańskiego południa. W Houston zatrzymujemy się w Centrum Lotów Kosmicznych im. Lyndona B. Johnsona, gdzie szkoleni są amerykańscy astronauci. Po trzech godzinach zwiedzania ośrodka (czytaj o Centrum Lotów Kosmicznych) wyruszamy do miasta Św. Antoniego. Na swój kamping docieramy razem z zachodem słońca.

River Walk.

River Walk.

Jeszcze przed zmrokiem wyruszamy do miasta, marząc o spróbowaniu teksańskiej kuchni, która ponoć w San Antonio jest najsmaczniejsza. Na miejscu okazuje się, że jest gorzej niż na Krupówkach. Miasto jest piękne, ale ilość turystów, w tym przeważnie grubych, wąsatych Meksykanów, skutecznie nas zniechęca. Udajemy się nad River Walk, uroczy deptak stworzony na krawędziach miejskiego kanału. Zapchany restauracjami traci na atrakcyjności, gdy 10 tysięcy turystów przewinie się tu w ciągu kilku godzin, przepychając się i broniąc przed upadkiem do wody. Duchota i zapach również odrzucają. Byliśmy jednak głodni, szukaliśmy więc restauracji, w której udałoby się zjeść coś interesującego (czyli nie tacos i burrito, bo to podają tu dosłownie wszędzie) z widokiem na okolicę. Najlepsza restauracja jaką namierzyliśmy zaproponowała nam stolik dopiero za 45 minut i niestety nie na zewnątrz. Wizja romantycznego wieczoru przy świecach we dwoje upadła, odeszła od nas przyklejona do spoconych pleców mijających nas turystów. Spacerując deptakiem trafiamy jednak w pewne magiczne miejsce – amfiteatr, którego scena mieści się po jednej stronie rzeczki, widownia natomiast, po drugiej. Z mostku łączącego oba brzegi podziwiamy przez chwilę wystawianą akurat sztukę kabuki, gdy jednak chcemy przyłączyć się do widowni okazuje się, że spektakl trwa już kilkadziesiąt minut i wchodzić się nie opłaca nawet mimo niskiej ceny.

Wzgórza Teksasu.

Wzgórza Teksasu.

San Antonio odwdzięcza się jednak innym miejscem – rozpadającym się budyneczkiem misji Alamo, która była świadkiem jednej z najsłynniejszych bitew tego kontynentu. Ludność Teksasu wznieciła powstanie przeciwko rządom Meksyku (Teksas nie należał wówczas do Stanów Zjednoczonych). Generał Santa Anna, nazywany Napoleonem Zachodu, wyruszył na północ, by je stłumić. Murów Alamo, przeciwko 3-tysięcznej armii Republiki Meksyku, broniło zaledwie 186 żołnierzy różnych nacji (byli wśród nich Anglicy, Irlandczycy, Szkoci, a nawet Duńczycy). Bitwa trwała zaledwie kilka minut, a teksańska armia została zmieciona jednym uderzeniem. Znaczenie bitwy było jednak ogromne. Hasło „Pamiętajcie o Alamo!” dodawało Teksańczykom walczącym o swoją niepodległość skrzydeł, a krwawą zemstę odebrali oni w bitwie pod San Jacinto, gdzie armię meksykańską wyrżnięto w niecałe 20 minut. Teksas ogłosił niepodległość i był niezależnym państwem przez 9 lat, do momentu gdy w 1845 został wcielony do USA jako 28. stan. Bohaterami bitwy o Alamo, którzy przeszli do historii byli Davy Crockett oraz wspomniany wcześniej Jim Bowie – patrioci, którzy walczyli i zginęli dla swojego kraju. O bitwie opowiadają dwa amerykańskie filmy z 1960 i 2004 roku, a w jednym z nich Davy’ego Crocketta gra sam król westernów – John Wayne.

Pociągi Pacific Union.

Pociągi Pacific Union.

PRZEZ PUSTYNIĘ

Z San Antonio wyruszamy drogą nr 90 na zachód w stronę miejscowości Uvalde i dalej do Del Rio. Naszym celem jest Park Narodowy Big Bend oraz jego tajemnicze góry Chisos. Za granicami San Antonio wreszcie trafiamy na amerykańskie bezdroża, o których marzyliśmy od samego początku. Małe miasteczka oddalone od siebie o kilkadziesiąt mil, rogate krowy na suchych pastwiskach, wąsaci kowboje za kierownicami podrdzewiałych pick-upów. Co jakiś czas zatrzymujemy się na poboczu, by odetchnąć wolnością i chłonąć gorące promienie południowego słońca.

Teksańskie miasteczko.

Teksańskie miasteczko.

Bliskość granicy Meksyku powoduje, że dokumenty musimy trzymać pod ręką – co jakiś czas zatrzymują nas funkcjonariusze US Border Patrol, za każdym razem sympatycznie zagadując i pytając o wrażenia ze zwiedzania Ameryki. Jeden z celników rozpoznał nas od razu gdy tylko uchyliłem okno. Polacy? – zapytał uśmiechnięty. Ciekawe czy tak szybko rozpoznał orzełka na paszporcie, który przygotowany trzymałem już w ręce czy raczej po naszych ponurych gębach zauważył, że oto stają przed nim spadkobiercy Husarii, którym dzisiaj przyszło płacić 23 procentowy podatek?

Mijamy małe, nic nie znaczące miasteczka – Hondo, Knippa, Uvalde – nie mają podróżnikom nic do zaoferowania, wydaje się, że mieszkańcom też niewiele. Przejeżdżamy przez Bracketville, gdzie John Wayne kręcił wspomniany film „Alamo”. Dalej przez strefę wypoczynkową Amistad, gdzie rozlewisko rzeki Rio Bravo otaczają białe piaski pustyni. Co jakiś czas mijają nas jadące na wschód potężne pociągi Pacific Union, które w ciągnących się kilometrami wagonach wiozą dobra boleśnie wyrwane Ziemi.

Most na rzecze Pecos.

Most na rzecze Pecos.

Co jakiś czas przy amerykańskich drogach znajdują się tzw. Historic Markers, czyli tabliczki informujące o ciekawostkach historycznych danego miejsca. Dowiadujemy się co nieco o pierwszych białych kolonizatorach i o dokonaniach lokalnych polityków, ale najciekawsza historia dotyczy niejakiego Bena Kilpatricka, byłego pomocnika Butcha Cassidy’ego i Sundence’a Kida, oraz jego wspólnika Ole Hobecka. Dwaj rabusie wsiedli do jadącego do El Paso pociągu, który zatrzymał się w okolicy, by uzupełnić zapasy wody. Podczas gdy bandyci przeczesywali wagony w poszukiwaniu łupu, menadżer pociągu zaatakował ich, jednego pobił, drugiego natomiast zastrzelił używając strzelby należącej do tego pierwszego. Bandyci pochowani zostali w Sanderson, a Trousdale, bo tak nazywał się menadżer, został odznaczony za męstwo. To wszystko wydarzyło się 13 marca 1912 roku w okolicach Pecos i tu kończyła się era Dzikiego Zachodu.

Rozpoczynała się natomiast w miejscowości Langtry, gdzie władzę sprawował niejaki „Sędzia” Roy Bean, pierwszy sprawiedliwy Dzikiego Zachodu. Samozwańczy szeryf nie znał się na prawie, wiedział natomiast co to znaczy sprawiedliwość. W miasteczku oddzielonym od cywilizacji gorącym piaskiem pustyni mieszkańcy narażeni byli na najazdy bandytów i nie mogli liczyć na reakcje żadnych władz, które tego typu problemy uznawały za „drobne starcia na pograniczu”. Kowboje brali więc sprawy w swoje ręce. Roy Bean stał się postrachem bandziorów w tej części Teksasu. Wjeżdżając do Langtry przekroczyliśmy więc bramy Dzikiego Zachodu i wjechaliśmy do krainy, w której wciąż żywe są Indiańskie legendy i historie o kowbojach.

GALERIA ZDJĘĆ Z TEKSASU

Odwiedziny w Houston.

<- Poprzedni Post  FANDANGO USA Następny Post ->

SPIS TREŚCI

Langtry.

Langtry.

2 komentarze

  1. chce się czytać więcej.. pisz, pisz ;) w booku już nie będziemy ci przeszkadzać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *