Nowy Orlean. Francuska stolica Ameryki.

W cieniu dębów i palm Jackson Square, słysząc jedynie usypiające brzęczenie cykad, szukamy miejsca na lunch. Gdziekolwiek, byleby w cieniu i żeby mieli zimne piwo. Zimne i mokre. Podchodzi do nas dziwak w stroju w stylu steampunk – ciasno zaciśnięte skórzane spodnie i kurtka, czapeczka konduktorska, miedzianego koloru gogle i gitara ze zdobieniami jak z czasów wiktoriańskich. „Opowiem ci kawał jak dasz mi się napić tej wody” zagaił uśmiechnięty wskazując małą butelkę w mojej ręce. Żartujesz bracie?! Dałem za tę wodę 3 dolary! Za małą, plastikową buteleczkę wody. Najdroższa woda jaką w życiu kupiłem! Poza tym przyszło mi do głowy, że musiałbym oddać mu tą wodę, bo sam nie chciałbym napić się po nim. No ale jak tu człowiekowi wody odmówić? Już wyciągałem do niego rękę gdy nagle odwrócił się i odszedł. Wyglądało to tak jakby w ogóle zapomniał, że ze mną rozmawiał. I nigdy już nie dowiedziałem się jaki to był kawał.

Bourbon Street nocą

Bourbon Street nocą

PIRAT Z KARAIBÓW

Pierwszego wieczoru w stolicy jazzu, zmęczeni po podróży, skierowaliśmy się w stronę Bourbon Street, uliczki słynącej z tego, że nieustannie trwa tutaj Mardi Gras. Nieco nieświadomie na miejsce odpoczynku wybieramy lokal Lafitte’s Blacksmith Shop Bar, który okazuje się „najstarszą budowlą w USA wykorzystaną jako bar”. Zawiłość tego mającego przyciągać turystów zdania oznacza, że ani nie jest to najstarsza budowla w USA ani nie jest to najstarszy bar. Mimo tego lokal jest niezwykle klimatyczny. „To mój pierwszy wieczór w Nowym Orleanie”, zagaduję barmankę, „jaki drink polecasz?”. „Huragan, złotko”. Powiedziała do mnie „złotko”! I to z południowym akcentem!

Lafitte's Blacksmith Shop Bar

Lafitte’s Blacksmith Shop Bar

Usiedliśmy na placu na zewnątrz. Ciesząc się chwilą rozmyślamy o tym, że wreszcie, że wyruszamy, że tak wiele przed nami. Południowy księżyc wzszedł nad nami, otoczył nas orzeźwiający wieczór. Obok nas rozsiadali się nowoorleańczycy, wyraźnym akcentem dyskutując o codzienności. Na tarasach charakterystycznych dla tej części kraju rozjarzyły się latarnie.

Wyszedłem na chodnik zrobić kilka zdjęć wschodzącego wieczoru, gdy obok mnie, tuż przy bramie lokalu, zatrzymał swój rower czarnoskóry mężczyzna. „Zrób zdjęcie tego” powiedział i zaczął śpiewać głosem tak czystym, że wszyscy klienci momentalnie zamilkli i zaczęli go słuchać. Oczywiście nie robił tego za darmo, liczył na nasze pieniądze ale barman lokalu szybko pojawił się i przegonił biedaka.

French Quarter

French Quarter

Siedząc w portowej tawernie, popijając lokalnego drinka zapatrzyłem się na kiwającą się powoli drewnianą latarnie na jednym z tutejszych balkonów. Wyobraziłem sobie XVIII wiecznych żołnierzy, którzy na rozkaz gubernatora kwitnącego wówczas miasteczka robili najazdy na tę i podobne tawerny portowe aby schwytać Jean’a Lafitte’a, korsarza, będącego postrachem tutejszych wód. Lafitte trząsł tymi terenami głównie na początku wieku XIX będąc przemytnikiem, hiszpańskim szpiegiem w czasie Meksykańskiej Wojny o Niepodległość, zostając też amerykańskim bohaterem narodowym, gdy w 1815 roku pomógł gubernatorowi Andrew Jacksonowi bronić miasta przed Brytyjczykami. Lafitte odcisnął znaczące piętno na historii Nowego Orleanu, całej Luizjany oraz wyspy Galveston w Teksasie, która również była na mapie naszej podróży. Francuski pirat prawdopodobnie poległ w 1823 roku podczas próby schwytania hiszpańskiego okrętu handlowego.

Zabudowa dzielnicy Marigny

Zabudowa dzielnicy Marigny

Nocleg wynajęliśmy u pary nowoorleańskich jazzmanów w dzielnicy Marigny. Podłużny domek z przechodnimi pokojami miał wystrój taki jakiego można spodziewać się po stolicy jazzu – plakaty znanych jazzmanów, pianino, po kątach porozstawiane trąbki i saksofony, w oknach lampki, na podwórku rdzewiejący kamper oraz cztery małe kotki, w toalecie plakaty ubiegłorocznego Mardi Gras.

Oprócz nas pokój u Megan i Brandona wynajmowały też dwie młode Francuzki, różne od siebie jak ogień i woda. Jedna z nich pochodziła z Montpellier i wyróżniała się typowym dla Francuzów z południa temperamentem – każdą opowieść opisywała dodatkowo gestykulując, a gdy historia wymagała krzyku – krzyczała, gdy wymagała śpiewu – śpiewała. Druga, dużo spokojniejsza, pochodziła z Paryża, po angielsku mówiła z wyraźnym brytyjskim akcentem i w jej zachowaniu wyczuć można było klasę kojarzącą się właśnie z paryżanami. Długo zastanawialiśmy się w jaki sposób te dwie skrajności przyjaźniły się ze sobą.

Katedra Świętego Ludwika

Katedra Świętego Ludwika

KAJUNOWIE i KATRINA

Jackson Square

Jackson Square

Kolejnego dnia pogoda znów była południowa: słońce na czystym niebie, kleiste, stojące w miejscu powietrze, cisza. Pożyczając od naszych gospodarzy rowery wyruszyliśmy by dalej odkrywać French Quarter, dzielnicę pamiętającą skromne początki miasta oraz francuskich kolonizatorów. Wjeżdżamy na Royal Street, pełną galerii ulicę zamieszkaną przez artystów, gdzie na jednej z wystaw zauważam XVIII wieczną mapę Karaibów. Cena – 1000$. Pieniądze szczęścia nie dają ale łatwiej byłoby mi być nieszczęśliwym obok tego antyku wiszącego na mojej ścianie. Nie chciałem znać historii tej mapy, wolałem wymyślić sobie własną – mapa należała do pirata i już.

Cajun Poutaine

Cajun Poutaine

Odwiedzamy Jackson Square, gdzie pod parasolami przed słońcem kryją się wróżbiarki, współczesne skomercjalizowane nieco kapłanki voodoo. Obok nich przechadzają się przygotowujący się do późniejszych występów muzycy, w cieniu palm parku swoje stragany rozłożyli ceniący się wysoko tutejsi malarze. Szukając miejsca na lunch znajdujemy położoną w podwórzu jednej z kamienic Cafe Amelie, gdzie zamawiamy butelkę luizjańskiego piwa Abita, krewetki oraz danie kuchni kajuńskiej – cajun poutine, którego poprawnie nie potrafiła wymówić nawet podająca je nam kelnerka.

Kajunowie to frankofońska kultura mieszkańców Akadiany, jak nazywana jest południowa część Luizjany. Słowo „cajun” określa kulturę, dialekt oraz muzykę tej półmilionowej mniejszości.  Kajunowie to mieszkańcy „Bayou” czyli bagien charakterystycznych w tej części kraju, ich kultura znana jest przede wszystkim za sprawą ich muzyki, która, obok jazzu, rozsławia całą Luizjanę jako najbardziej umuzyczniony stan. Znany na cały świat jest sposób w jaki Kajunowie obchodzą ostatni dzień karnawału, czyli tak zwane Mardi Gras. Po festiwalu zaczyna się ściśle przestrzegany post, którego złamanie oznacza sprowadzenie na siebie gniewu Rougarou, wilkołaka, który przybył tu na ustach gawędziarzy z frankofońskiej części Kanady.

Creole Queen

Creole Queen

Po lunchu udajemy się na wały skąd podziwiamy błotnistą Mississippi. Jedziemy trasą wzdłuż rzeki mijając statki parowe, zoo oraz kilka dodających miastu klimatu tramwajów.

Nowy Orlean jeszcze nie podniósł się po huraganie Katrina z 2006 roku. Przed katastrofą miasto zamieszkiwało pół miliona ludzi, dziś liczba mieszkańców wynosi niecałe trzysta tysięcy. Ludzie pozbawieni dorobku życia nigdy tu już nie wrócili, niektóre dzielnice miasta nigdy nie zostały odbudowane. Gdy w połowie poprzedniej dekady w miasto uderzyła ta destrukcyjna siła natury, okazało się, że amerykański system bezpieczeństwa jest bardzo zawodny. Władze stanu nie potrafiły same poradzić sobie z kryzysem i poprosiły o pomoc rząd. Biurokracja oraz brak szybkiej reakcji sprawiły, że mieszkańcy miasta pozbawieni byli jakiejkolwiek pomocy przez kilka dni po ustaniu huraganu. Ci, którzy nie utonęli w brudnych wodach Mississippi oraz jeziora Pontchartrain cierpieli teraz z powodu braku żywności i wody pitnej. Czarnoskórzy działacze brak reakcji określili celowym działaniem białego rządu George’a Busha, który, według nich, po prostu nie chciał pomagać miastu zamieszkanemu głównie przez afroamerykanów. Ludzie umierali na ulicach.

Nowy Orlean nie zapomniał swojej krzywdy i jeszcze długo będzie o niej pamiętał.

Fontanna w Jackson Square

Fontanna w Jackson Square

STARY ALGIER I DZIEDZICTWO NIEWOLNIKÓW

Tout de Suite

Tout de Suite

Brzegi Mississippi łączy darmowy prom, który nieustannie kursuje pomiędzy French Quarter a Algiers, drugą najstarszą dzielnicą miasta. Południowy brzeg rzeki nie jest popularny wśród turystów, dlatego jego atrakcje nie są w ogóle oblegane przez ludzi. Mijamy wszechobecne w Mieście Półksiężyca pomniki jazzmanów, popołudnie spędzamy jeżdżąc pomiędzy spokojnymi podwórkami Old Algiers.

Na rogu jednego ze skrzyżowań trafiamy na przyjemną kawiarenkę i postanawiamy zatrzymać się tu na kawę. Kawiarenka „Tout de suite” serwuje dania z jedzenia organicznego, a sama nazwa to francuska ekspresja oznaczająca jedzenie na wynos. Zamawiamy cafe au lait, z której słynie cały Nowy Orlean oraz kołaczyk z jogurtem i malinami, najlepszy jaki w życiu jadłem. W popołudniowym słońcu Nowego Orleanu, planując podróż, która właśnie się zaczynała, nie mogliśmy być szczęśliwsi.

French Quarter

French Quarter

Gdy płynęliśmy promem z powrotem na północny brzeg Mississippi, jedynym niezmotoryzowanym towarzyszem naszej przeprawy był czarnoskóry mężczyzna na małym wyczynowym BMX-ie, który po odstawieniu roweru na stojak zaczął tańczyć i podśpiewywać. Afroamerykanie są bardzo ekspresyjni, dużo żywiej reagują na to co ich otacza, nie wstydzą się robić na ulicy tego, co biali określiliby jako „wygłupy”. Czarnoskórzy częściej krzyczą, głośniej się śmieją oraz mówią wprost jeśli coś im się podoba lub nie. Kilka tygodni później, w wagonie nowojorskiego metra przypomniałem sobie o Murzynie, który tańcem umilał sobie oczekiwanie na cumowanie – obok nas usiadł inny czarnoskóry, który podśpiewywał sobie z radości, gdy zajadał się drugim śniadaniem. „To jest pyszne!” mówił sam do siebie. Musiało mu na prawdę smakować.

Po powrocie do French Quarter, spacerując po Jackson Square zatrzymujemy się przy ulicznej orkiestrze grającej When The Saints Go Marching In. Gdy do futerału wrzuciłem kilka dolarów, by móc w spokoju i bez wyrzutów sumienia zrobić zdjęcie muzykom, ci zaprosili Ewelinę, by stanęła między nimi, bym mógł i ją sfotografować.

"Strażnik" Parku Armstronga

„Strażnik” Parku Armstronga

Tanecznym krokiem dochodzimy do Parku Armstronga, w którym znajduje się Audytorium Miejskie, Centrum Sztuk Teatralnych im. Mahalii Jackson, pomnik najsłynniejszego z nowoorleańczyków oraz Congo Square, plac, na którym od wieków zbierali się czarnoskórzy mieszkańcy miasta. W okresie, gdy miastem rządzili Francuzi i Hiszpanie, niedziela była dla niewolników dniem wolnym od pracy, wtedy też pozwalano im zbierać się, jednak jedynie poza murami miejskimi. Murzyni zorganizowali sobie więc swój plac w miejscu, które zaczęto szybko nazywać Place Congo, a gdzie handlowali, tańczyli, śpiewali i toczyli życie towarzyskie na tyle, na ile pozwalali im na to rządzący miastem biali. Dziś na Congo Square organizowane są koncerty czarnoskórych, lokalnych muzyków.

Park Louisa Armstronga

Park Louisa Armstronga

Gdy wchodziliśmy do parku zaczepił nas karmiący gołębie dziwak. „Jestem strażnikiem tego parku” powiedział człowiek, który kojarzył nam się z kobietą z Central Parku z filmu „Kevin sam w Nowym Jorku”. Koło jego nogi siedział gołąb. „Mam coś dla was” powiedział strażnik i rzucił w moim kierunku dwa gnijące żołędzie. Jego dziwactwo, poza wyglądem, objawiało się w tym, że mówił o wszystkim co właśnie się działo. „Żołędzie się toczą, właśnie je podnosisz. O! Bierzesz je!” trajkotał. Odeszliśmy szybko, pozdrawiając go uprzejmie. Wciąż pozostaje dla mnie tajemnicą w jaki sposób duże miasta generują takich czubków.

Wieczorem wracamy do siebie, na Marigny, by zjeść kolację, odpocząć i wieczorem móc wrócić na Bourbon Street. Po drodze mijamy coś, co bardzo oddaje klimat panujący w NoLa, jak w skrócie mówi się o Nowym Orleanie – jadący wózkiem inwalidzkim staruszek z obitą fioletowym futrem parasolką, a na jego kolanach pies w okularach przeciwsłonecznych.

Nowoorleańczyk

Nowoorleańczyk

VOODOO

Zanim rzuciliśmy się w wir tutejszego życia nocnego, chcieliśmy odwiedzić cmentarz Świętego Ludwika, a konkretnie grób Marie Laveau, znanej również jako Królowa Voodoo.

Cmentarz Świętego Ludwika

Cmentarz Świętego Ludwika

Marie urodziła się prawdopodobnie w 1794 roku w Nowym Orleanie i była mulatką. Jej osoby dotyczą setki legend i niedopowiedzeń, a jedna z nich świadczy o niezwykłej długowieczności kapłanki – otóż Marie miała żyć niemal dwieście lat. Historycy wyjaśniają ten fenomen faktem, że córka Marie, która przejęła po niej obowiązki w kościele Voodoo, nazywała się dokładnie tak samo.

Religia Voodoo kojarzy się większości jedynie z magicznymi laleczkami i niewiele osób wie o niej cokolwiek więcej. A jest to religia niezwykle ciekawa. Voodoo przybyło na Karaiby i do południowej części USA z Afryki i w starciu z dominującą religą chrześcijańską ewoluowało w formę, którą znamy dzisiaj. Choć wyznawcy tej religii uznają istnienie jedynego Boga, to obok niego pojawia się seria pomniejszych bożków i duchów, które uosabiane są dziś postaciami katolickich świętych.

Nowy Orlean nocą.

Nowy Orlean nocą.

Szango, bóg burzy i piorunów to Jan Chrzciciel. Papa Legba, duch strzegący bram pomiędzy światem żywych i umarłych to oczywiście św. Piotr. Oxala, bóg miłosierdzia to sam Jezus Chrystus. Największym kultem otoczony jest jednak Damballah, bóg-wąż, wyobrażany pod postacią św. Patryka.

Religia Voodoo dała też współczesnej kulturze postać Zombie. Tyle tylko, że kreolski Zombie nie jest odrażającym mózgojadem, ale… gosposią. Legendy mówią, że kapłanki Voodoo wskrzeszały zmarłych, by ci służyli im jako pomoc domowa. Współczesne wyobrażenie Zombie zawdzięczamy reżyserom z Hollywood, którzy uznali, że zmarli wstawaliby z grobów po to, by nas zjadać.

Orkiestra na Jackson Square.

Orkiestra na Jackson Square.

Znając wszystkie te fakty na temat Marie Laveau i wyznawanej przez nią religii, na cmentarz jechaliśmy bardzo podekscytowani. Na miejscu okazało się jednak, że jego bramy są zamknięte. Nekropolia otwarta jest jedynie do 18 ze względu na to, że po zmroku ciasne alejki pomiędzy grobowcami służyły miejskim mętom i pijaczkom za kryjówkę i cała okolica robiła się naprawdę niebezpieczna.

Grobowca Marie Laveau nie dane nam było zobaczyć, odwiedziliśmy jednak jej ołtarz w sklepie Marie Laveau’s House of Voodoo. Ciasny sklepik pomiedzy barami Bourbon Street oferuje nie tylko słynne laleczki, amulety i talizmany ale również rzucanie uroków i zaklęć, z zastrzeżeniem jednak, że żadne z nich nie będą wykorzystane przeciwko ludziom. Sklepik traktuje swoje usługi dość poważnie i zastrzega sobie również prawo do odmówienia klientowi, który sprawę traktuje niepoważnie.

Architektura French Quarter.

Architektura French Quarter.

Spacerując jedną z najbardziej rozrywkowych ulic Ameryki zaskoczeni jesteśmy jak tutaj jest głośno. Mijają nas uliczne orkiestry, na każdym skrzyżowaniu stoi muzyk zagłuszany tumultem dochodzącym z barów, w których w każdym jednym można podziwiać występy na żywo. Jazz, blues, country, pop. Piwo, wino, wódka, marihuana, każdy inny narkotyk. Striptiz damski, striptiz męski. Wróżenie z ręki, obrzędy voodoo. Wszystko. Jeśli masz odpowiednią kwotę dostaniesz tutaj wszystko. Podejrzewam, że znając odpowiednie osoby można zapewnić sobie dużo bardziej nielegalne, podziemne atrakcje.

Marie Laveau's House of Voodoo.

Marie Laveau’s House of Voodoo.

Gdy, trzymając się za portfele spacerujemy alejkami Bourbon Street, podchodzi do nas czarnoskóry, uśmiechnięty mężczyzna. „Poznaje te buty” mówi wskazując na moje sandały. „Czy jeśli zgadne skąd są, pozwoli mi je Pan umyć?”. zrobiło mi się szkoda tego człowieka, był miły i uprzejmy, nie wyglądał na złą osobę, a w jego oczach widać było prośbę i potrzebę pomocy. Uśmiechnięty odpowiedziałem, że kupiłem te buty w Polsce, więc ma małe szanse na dobrą odpowiedź. Nieco zbity z tropu wciąż namawiał mnie na to, bym pozwolił mu umyć swoje buty. Poczułem się źle. Kilkanaście dolarów, które miałem wtedy w kieszeni robiłoby mu ogromną różnicę, ale mimo to nie stać mnie było na rozdawanie pieniędzy, nawet gdy proszący naprawdę ich potrzebował. Dałem mu dolara tak po prostu, mając nadzieję, że oceniłem go słusznie.

Dolara dostał od nas również ktoś inny, ktoś sławny, kto być może nie potrzebuje pieniędzy aż tak bardzo, ale bez zdjęcia tego jegomościa, za które właśnie zapłaciłem, nie chcielibyśmy wracać do Polski. Dziadek Elliot, słynny nowoorleański jazzman znany po pierwsze z występów ulicznych, po drugie z utworów nieformalnej grupy Playing for change. Jednooki jazzman uśmiechnął się do mnie, gdy wrzucałem banknot do jego kubełka, zaproponował mi kupno płyty i odpowiedział „wiem”, po tym, gdy ja powiedziałem mu, że jest sławny.

Dziadek Elliot.

Dziadek Elliot.

Nasz czas w Nowym Orleanie dobiegał końca. Następnego dnia, gdy obładowani bagażami czekaliśmy na autobus, który miał zabrać nas na lotnisko, zaczepił nas miły, uśmiechnięty mężczyzna. Pytał o to skąd jesteśmy i w jakim mówimy języku, zagadując jednocześnie dwie młode hiszpanki, które razem z nami czekały na transport. Później w autobusie poprosił również, bym zapisał mu jak w języku polskim czyta się i wypowiada „dzień dobry” oraz „jak się masz”. Gdy wysiadaliśmy wręczył nam ulotkę, którą po grafice rozpoznaliśmy od razu – był to Świadek Jehowy. Co ciekawe ulotka była… po polsku. Ostatnim nowoorleańczykiem na naszej drodze nie była więc kapłanka Voodoo ale wyznawca innej, mniej tajemniczej religii.

Nowy Orlean zostawiliśmy podnieceni wyprawą, której wizja właśnie roztaczała się przed nami. Dopiero po powrocie do Polski, wspominając i analizując, doszliśmy do wniosku, że NoLa, była jednym z najlepsych miejsc jakie odwiedziliśmy. Miasto to może nie jest tak piękne jak góry czy pustynie, których doświadczyliśmy później, ale z pewnością posiada swoją własną, niezwykłą, niepowtarzalną atmosferę.

FANDANGO USA Następny Post ->

Zapraszam również do zapoznania się z poradnikiem zwiedzania Nowego Orleanu.

 

Europejska zabudowa French Quarter

Europejska zabudowa French Quarter

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *