Route 66. Symbol amerykańskiej wolności.

Puściłem cyngiel dystrybutora. Paliwo dolane do pełna. Następna stacja benzynowa za 75 mil. Rozejrzałem się dookoła, oprócz mnie na stacji jest jeszcze jedna ciężarówka, a jej gruby, wąsaty kierowca właśnie kupuje papierosy. Indianin, który kilka kroków dalej sprzedaje swoje rękodzieło skupia się właśnie nad szczegółami nowopowstającego naszyjnka i w ogóle nie zwraca na mnie uwagi. Słychać jedynie szelest piachu rozrzucanego co jakiś czas przez krótkie podmuchy wiatru oraz skrzypienie starego, drewnianego szyldu. Wsiadam za kierownicę, włączam radio, Metallica, „Turn the page”.

Route 66

Route 66

Droga numer 66 dla kultury Stanów Zjednoczonych jest czymś, co w polskich warunkach trudno sobie wyobrazić. W latach 50. mało kto używał jej dla transportu. Szukano w niej ucieczki, szukano wolności. Znajdowano odkupienie. USA to kraj drogi, a Route 66 definiuje jego kulturę. Na dwóch pasach asfaltu ciągnących się od Chicago do San Diego szukano ujścia dla uczucia nostalgii, które każdy z nas nosi gdzieś w sobie, i które wypycha nas w drogę. Route 66 była dla Amerykanów Drogą Drugiej Szansy.

Motel

Motel

Naszym pierwszym przystankiem na 66 jest miejscowość Barstow. Pustynia Mojave była kiedyś skrajnie trudnym miejscem do życia, nie powstrzymało to jednak poszukiwaczy złota i srebra przed założeniem tu osady. Całą okolicę w 1883 roku połączyła sieć trakcji kolejowych linii Santa Fe, Barstow rozrosło się, a gdy przeciągnięto przez nie drogę nr 66, stało się ważnym przystankiem dla wszystkich podróżujących pomiędzy Illinois i Kalifornią. Dziś stary dworzec kolejowy zmieniono w małe, klimatyczne centrum handlowe, przy którym mieści się McDonald’s urządzony w odrestaurowanych wagonach kolejowych. Mimo, że droga 66 już nie istnieje w takiej formie jak kiedyś, to niedaleko Barstow wybudowano węzeł łączący autostrady I-14 i I-40, co sprawiło, że miasteczko stało się ważnym punktem dla wszystkich jadących do i z Las Vegas.

Stary dworzec w Barstow

Stary dworzec w Barstow

Droga Matka w wielu miejscach została wchłonięta przez międzystanową 40. i nie zawsze można oddać się tęsknocie za minioną epoką. Jadąc wielopasmową super-autostradą szukamy miejsca, gdzie możnaby coś zjeść. Zauważamy reklamę – miejscowość Daggett oferuję przydrożny diner z tradycyjną kuchnią amerykańską. Zjeżdżamy z trasy i trafiamy do… miasta-widma. Liczba mieszkańców – 200. Poza kilkoma rozpadającymi się chatami oraz zamkniętą stacją benzynową nie ma tu nic. Ludzie nie wynieśli się stąd jeszcze tylko dlatego, że niedaleko znajduje się elektrownia słoneczna, która daje tej dwusetce zatrudnienie.

Daggett

Daggett

Jedyną dumą Daggett jest fakt, że  w 1940 zekranizowano tutaj powieść „Grona Gniewu” Steinbecka. Po drodze mijamy jednak zrujnowaną stację benzynową, która na starej 66. w pewien sposób zyskała na wartości.

Po przebudowaniu Route 66 i przeniesieniu ruchu na większe międzystanowe autostrady, narodziła się w Stanach mała tradycja „kolekcjonowania” stacji benzynowych wzdłuż dawnej Drogi Matki. Stare, upadłe stacje przerobiono na muzea, niedziałające już dystrybutory zyskały na wartości i zostały wykupione przez lokalne restauracje oraz prywatnych miłośników 66. Wielu kierowców wyrusza więc dziś w trasę, by odwiedzić stare, niedziałające już stacje benzynowe. Jest więc rozpadająca się stacja, nie ma natomiast żadnej restauracji, wyjeżdżamy z Daggett wciąż głodni.

Bagdad Cafe

Bagdad Cafe

Sunąc przez pustynię zauważamy jednak mały, niszczejący szyld, na widok którego aż podskoczyliśmy z radości – „Bagdad Cafe”. Nie planowaliśmy pobytu w tym miejscu, nie przyszło nam wcześniej do głowy aby sprawdzić gdzie leży kultowy diner z filmu z 1987 roku o tym samym tytule. Oto jednak los zesłał na nas swoją łaskę.

„Bagdad Cafe” nie jest miejscem pełnym turystów. Nie jest wypucowaną, plastikową atrakcją turystyczną. Drzwi lokalu oblepione są wyblakłymi naklejkami, wnętrze jest zakurzone i raczej zaniedbane a przy ladzie siedzi grupka Amerykanów w skórzanych kurtkach popijająca tanie lokalne piwo. Da się wyczuć, że lokal upada, ma jednak swój ogromny urok i atmosferę. Na ścianach wiszą plakaty z filmu, flagi państw i stanów oraz zdjęcia legitymacyjne odwiedzających. Właściciel lokalu jest dla nas niezwykle miły, momentami aż za bardzo, co tylko potwierdza nam, że restauracja nie trzyma się za dobrze.

Okolice Bagdad Cafe

Okolice Bagdad Cafe

Zamawiamy dania „tradycyjnej kuchni USA” czyli hamburgery, które noszą tu imiona bohaterów kultowego filmu. Po wypiciu kawy, którą kelnerka wciąż dolewała nam do kubków, przyczepiamy swoje zdjęcia na jednej ze ścian. Podróżniku! Jeśli kiedykolwiek trafisz w to miejsce, prosimy sprawdzić czy wciąż tam są. Po wyjściu z lokalu obchodzimy jeszcze okolicę, która w filmie była „gęsto” zaludniona. W przyczepach obok lokalu oraz niedalekim motelu mieszkało wielu bohaterów filmu. Dziś jednak te miejsca to ruina.

Ruszamy dalej znacząco oddalając się od autostrady międzystanowej. Droga jest w drastycznym stanie, po horyzont nic tylko piach i suche krzewy. GPS pokazuję nam, że przejeżdżamy przez miejscowość Bagdad, jednak nic tu nie ma, domy już dawno zostały rozebrane.

Kamienny lew

Kamienny lew

Pośrodku niczego natrafiamy na ciekawostkę – kilkanaście metrów od brzegu szosy stoi posąg kamiennego lwa, taki jakim zdobi się bramy wjazdowe. Jadąc dalej mijamy takie rzeźby jeszcze kilkakrotnie. Po przejechaniu kilku mil i przecięciu lini kolejowej trafiamy do Amboy, kolejnego miasta-widma na trasie 66. Dziś liczba mieszkańców wynosi…4 osoby. Przy drodze zauważamy krzak, na którym podróżni zawieszają swoje buty oraz drugi, podobny, tyle tylko, że ze stanikami. Upadły, niegdyś kultowy motel Roy’s, nieczynna stacja benzynowa oraz wspomnienia po Harrisonie Fordzie, który był tutaj częstym gościem. To wszystko co Amboy ma dziś do zaoferowania. Od czasu do czasu urok opuszczonego miasta przyciąga filmowców – nakręcono tu sceny do „Autostopowicza” z Rutgerem Hauerem oraz teledysk Enrique Iglesiasa „Hero”.

Buty w Amboy

Buty w Amboy

Po kolejnych kilkudziesięciu milach dojeżdżamy do Ludlow, miasteczka, które powstało jako stacja kolejowa, gdzie pociągi uzupełniały zapasy wody. Liczba mieszkańców – 10. W czasach świetności drogi 66 Ludlow słynęło z motelu, kawiarni oraz stacji benzynowej, które dziś, już nieczynne, służą jako zabytki. Istnieje tu na szczęście nowa stacja benzynowa, na której uzupełniamy paliwo i ruszamy dalej drogą, która tutaj malowniczo otoczona jest lawendowymi krzewami tamaryszku.

Do Kingman, gdzie spędzamy noc, docieramy w deszczu. Właśnie zaczynąły się ulewy, które podtopić miały Arizonę, Utah i, przede wzystkim, Kolorado. W małym, przytulnym pokoju hotelowym bezpiecznie spędzamy noc, gdy w górach nieopodal szaleją gwałtowne burze. Rano odwiedzamy starą stację kolejową przerobioną na centrum informacji turystycznej, gdzie znajduje się również ciekawe muzeum Route 66.

Ludlow

Ludlow

Miasto, największe w okolicy i jednocześnie siedziba władz hrabstwa, słynie z kilku wydarzeń: ślub w lokalnym kościele wziął Clark Gable, mieszkał tu słynny w latach 50. aktor Andy Devine oraz siedzibę miały tu Chicagowskie i Nowojorskie oddziały Cosa Nostry, które trzęsły pobliskim Las Vegas.

W strugach ciężkiego deszczu ruszamy dalej. Przez Seligman, miasto-symbol Route 66 przejeżdżamy niestety bez zatrzymywania, deszcz leje tak mocny, że poruszamy się z prędkością 30 mil na godzinę. Przez mokre okna samochodu widzimy smutne oblicza stacji benzynowych oraz lokali z klimatem lat 50., które żegnają nas żałując, że nie zajrzeliśmy.

Muzeum w Ash Fork

Muzeum w Ash Fork

Deszcz chwilowo ustaje gdy zatrzymujemy się w Ash Fork, kolejnym kultowym miasteczku na trasie 66. Gdy odwiedzamy zorganizowane w starym magazynie małe muzeum pokazujące rozwój cywilizacji na Dzikim Zachodzie deszcz zaczyna padać tak mocno, że odcina nam drogę do samochodu. Kustoszka uprzejmie pozwala nam zostać, a my lepiej przyglądamy się historii Ash Fork. A jest to historia identyczna jak każdego innego miasta w okolicy. Miasteczko rozwijało się na końcu XIX wieku, gdy w pobliskich górach odkryto drogocenne minerały, w XX wieku stało się przystankiem na drodze 66, a gdy ruch przeniesiono na większą I-40, miasto upadło. Pognębił je jeszcze pożar w 1987, po którym Ash Fork już nigdy się nie podniosło. Gdy deszcz nieco ustaje odjeżdżamy przekonani, że złote czasy miasteczko ma już dawno za sobą, a jego upadek to tylko kwestia czasu.

Upadek Route 66

Upadek Route 66

W zimnie i deszczu dojeżdżamy do Williams, gdzie mamy spędzić nadchodzącą noc, a skąd pozostaje już godzina jazdy nad Wielki Kanion. To ostatnie miasto na trasie 66, które odwiedzamy. Powolne, monotonne życie głębi Ameryki da wyczuć się tu w świeżym górskim powietrzu. Mieszkańcy przyjaźnie uśmiechają się do turystów, główna ulica wypełniona jest motelami, restauracjami oraz sklepami z pamiątkami. Lokalni biznesmeni starają się utrzymać miasto w klimacie lat 50. co wpływać ma na rozwój turystyczny miasta. Mijamy więc stare cadillaki, z wnętrz dochodzi nas muzyka Elvisa, a restauracje oślepiają błyszczącym wystrojem epoki.

Williams

Williams

Pijemy lokalne piwo w jednym z tutejszych barów i wracamy na camping. Niestety okazuje się, że temperatura tego wieczora spadła drastycznie nisko (poniżej 10 Celsjusza) i spanie w namiocie jest dość ryzykowne, tym bardziej, że nad głowami co chwilę przechodzą nam głośne i groźne burze. Gdy Kolorado zaczynało walkę z powodzią, my po raz pierwszy musieliśmy spać w aucie. Niewygody tej nocy miała wynagrodzić nam atrakcja następnego dnia – Wielki Kanion.

Nasze zdjęcia w Bagdad Cafe

Nasze zdjęcia w Bagdad Cafe

2 komentarze

  1. Myślę, że musi to być fantastyczne uczucie podróżowanie po takim kraju jak Stany Zjednoczone

  2. Polska jest piękna, Europa jest piękna, ale z chęcią zobaczyłbym Stany

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *