Strasznie głośno, niesamowicie blisko

W oknach sklepowych witryn odbijają się widniejące na szyldach nazwiska projektantów. Prada, Gucci, Louis Vitton, Versace. Mijają nas żółte taksówki. Z sąsiedniej przecznicy dobiega echo syreny policyjnej. Ktoś trącił kogoś na chodniku, „Hey! I’m walking here!”. Mężczyzna w czarnym garniturze w jednej ręce trzyma teczkę, drugą przykłada do ucha i podniesionym głosem rozmawia z kimś o interesach. Azjatka sprzedaje kwiaty w narożnej kwiaciarni, Arab uśmiechnięty wychyla się z okna swojego ruchomego butiku z jedzeniem, „low price, specially for you, my friend!”. Czarnoskórzy b-boye właśnie rozkładają tekturę, na której zaraz będą tańczyć. Dwie elegancko ubrane kobiety w średnim wieku, niosąc plastikowe kubki z logiem Starbucks, rozmawiają głośno i śmieją się do siebie. Nie muszę podawać nazwy tego miasta.

Widok z Empire State na północ

Widok z Empire State na północ

KSIĄŻĘ Z CENTRAL PARKU

Najbardziej tęskni się za Central Parkiem. Fenomen zielonego skweru otoczonego przez wieżowce głęboko osadza się w duszy. Spacer zacienioną aleją The Mall przypomina mi oraz pięknej towarzyszce mojej podróży o tym gdzie jesteśmy – mijają nas tłumy turystów podziwiających ulicznych muzyków, magików i tancerzy.

Muzycy na The Mall

Muzycy na The Mall

W aleję weszliśmy od strony pomnika Krzysztofa Kolumba, postaci w kulturze amerykańskiej niezwykle istotnej – 12 października obchodzony jest tutaj Dzień Kolumba. Nasze kroki śledzą pisarze: William Shakespeare, Robert Burns oraz mniej znani Walter Scott i Fitz-Greene Halleck. Otoczeni takim towarzystwem wsłuchujemy się w, płynący między gałęziami ogromnych wiązów, jazz, który nigdzie nie brzmi lepiej niż w Nowym Jorku. Wszędzie mnóstwo młodych małżeństw, które przybyły do Central Parku by zrobić kilka ślubnych zdjęć. Nim The Mall kończy się u brzegu The Lake, schodzi się schodami wprost w Bethesda Arcade, przepiękny pawilon, który okresowo służy jako sala koncertowa chórowi o nazwie Peace Industry Music Group. Pięknym ulicznym gospelem muzycy zapraszają nas na chwilę odpoczynku. Wspaniała muzyka akompaniuje jeszcze lepszym głosom. Grupa, działająca po części amatorsko, zachęca do kupna swoich albumów.

Zainteresowanie jest ogromne, być może byliśmy ostatnimi, którzy mieli tę niewątpliwą przyjemność słuchać Peace Industry na żywo w Central Parku, ponieważ po powrocie do Polski dowiedziałem się, że grupa koncertuje już w najważniejszych salach widowiskowych swojego miasta. Zresztą gdy podszedłem do stolika kupić płytę, okazało się, że jest to przedostatni już egzemplarz, a za mną ustawiona była jeszcze kilkuosobowa kolejka.

Peace Industry Music Group

Peace Industry Music Group

Bethesda Fountain. Każdą naszą wizytę w Central Parku staraliśmy się planować tak, aby przespacerować przy tej przepięknej, otoczonej przez lilie wodne, fontannie. Na trawniku wokół placu otaczającego strumień rozsiadają się studenci i uczniowie szkół średnich z trudem łapiący koncentrację, by słuchać swoich nauczycieli.

Wynajmujemy łódkę i na the Lake spędzamy romantyczne chwile. Przepływamy pod Bow Bridge, moście bardzo często przedstawianym na licznych, pochodzących stąd ilustracjach i fotografiach. Kołysząc się w łodzi podziwiamy niezwykłą architekturę krajobrazu. Central Park został zaprojektowany przez Olmsteada i Vauxa, architektów miejskiej zieleni. Park, rzecz jasna, odwzorowywać ma naturę, jednak tutaj każdy kamień, drzewko i strumyk zostały starannie zaprojektowane. Wszystko zostało stworzone przez człowieka i dla człowieka. Budowa Central Parku trwała 15 lat, a rozpoczęto ją w 1857 roku, pracowało przy tym 20 tysięcy robotników, którzy posadzili ponad 26 tysięcy drzew.

Godzina wiosłowania i ruszamy nad Conservatory Water, małe oczko wodne, gdzie pasjonaci modelarstwa mogą popływać miniaturowymi, zdalnie sterowanymi żaglówkami. Sprzęt taki można tu również wypożyczyć lub przechowywać w pobliskim magazynie. Przy stawie znajdują się dwa interesujące pomniki. Z jednej strony Hans Christian Andersen, duński baśniopisarz, obok którego stoi, przyglądając mu się, Brzydkie Kaczątko. Z drugiej strony podziwiamy wspaniały, monumentalny pomnik Alicji w Krainie Czarów. Chcąc zrobić zdjęcie musieliśmy poczekać – po pomniku, pomiędzy ogromnymi grzybami, Alicją, Białym Królikiem a Kapelusznikiem, ganiały się dzieci.

Bethesda Fountain

Bethesda Fountain

Przysiedliśmy na najbliższej ławeczce i podziwialiśmy okolicę. Matka dwóch rozrabiaków poczuła presję, gdy wokół pomnika zebrało się około pięciu amatorów fotografii z ponurymi twarzami czekając aż dzieciaki zrobią im w końcu miejsce do zdjęcia. Gdy dzieci odeszły, ktoś głośno rzucił radosne „nareszcie!”. Autorem rzeźby jest Jose de Creeft, który pomnik zbudował by uczcić swoją córkę, Donnę, a której twarz odwzorowana jest w twarzy Alicji. Pomnik celowo wypełniony jest szczelinami i tunelami, by dzieci mogły się w nim bawić i po nim wspinać. Creeft stworzył więc przestrzeń przeznaczoną dla dzieci, nie dla fotografów. Co ciekawe, twarz kapelusznika to twarz George’a T. Delacorte’a, nowojorskiego filantropa, fundatora tej i kilku innych rzeźb w Central Parku oraz założyciela  Teatru Delacorte – letniego oddziału Nowojorskiego Teatru Publicznego.

Central Park odwiedzaliśmy kilkakrotnie w czasie naszej podróży, jeden dzień poświęcając na piknik na trawniku Sheep Meadow. W jednym z ulicznych straganików kupiliśmy kilka owoców, w kolejnym słodkie bułki oraz coś do picia. Rozsiadamy się na trawie otoczeni Nowojorczykami, wokół nas zauważamy mnóstwo młodych małżeństw z małymi dziećmi, które bardzo często podchodziły do nas, lecz albo szybko uciekały orientując się, że jesteśmy obcokrajowcami, albo przestraszeni rodzice zabierali je z obawy przed nieznajomymi. Dystans między ludźmi jest mocno wyczuwalny, tutaj nie rozmawia się z nieznajomymi. Tylko dzieci jeszcze tego nie wiedzą.

Alicja w Krainie Czarów

Alicja w Krainie Czarów

Rozglądając się wokół zauważamy jedno – przeciętny Nowojorczyk wygląda jak ktoś, kogo w Polsce traktowałoby się jak kogoś oryginalnego, dziwaka lub hipstera. Kolorowe ciuchy, które na tle polskiej szarzyzny wyraźnie się wyróżniają, tutaj są czymś normalnym. Dziwaczne fryzury, tatuaże, które w Stanach ma niemal każdy, piercing, oryginalność. Oryginalność nie jest tu oryginalna. To Nowy Jork wyznacza trendy, to tutaj można zobaczyć to, co w Polsce pojawi się dopiero za kilka lat, lub nawet zniknie zanim zdąży dotrzeć nad Wisłę.

Odwiedzamy miejsce niezwykle dla mnie istotne. Skrawek asfaltu, który stał się celem pielgrzymek ludzi marzących o czymś niewykonalnym – o globalnym pokoju i pojednaniu. Mozaika Imagine, miejsce, gdzie zastrzelony został John Lennon, który dla współczesnej kultury urósł do rangi wielkiego orędownika pokoju.

Napis Imagine zawsze otoczony jest masą ludzi. Kilku hipisów rozsiadło się w okolicznych ławkach grając, śpiewając albo sprzedając ręcznie tworzone naszywki czy biżuterię. Aby zrobić zdjęcie mozaiki, należy ustawić się w kolejce. Oczywiście tłum automatycznie się powiększa, tam gdzie jest zbiegowisko, tam przyklejają się przypadkowi przechodnie. „Co to za miejsce?” słyszę rozmowę dwóch przechodzących dziewcząt. „Tutaj zabili jednego z Beatlesów”, „Aha, to zrób mi zdjęcie”.

Imagine

Imagine

Okolica, w której znajduje się słynna mozaika, nazywa się Strawberry Fields, Pola Truskawkowe. Nazwa ta została zaczerpnięta z tytułu piosenki grupy The Beatles, a odnosi się do sierocińca w Liverpoolu, w sąsiedztwie którego dorastał Lennon, i którego wychowankowie zainspirowali późniejszego Beatlesa do zostania muzykiem.

Kilka kroków dalej znajduje się hotel Dakota, w którym Lennon mieszkał ze swoją żoną Yoko Ono, a w którym dzieje się akcja  filmu „Dziecko Rosemary” Romana Polańskiego. Dakota to dla Nowego Jorku i całej XIX wiecznej kultury budynek dość wyjątkowy. Arystokracja tamtego okresu uważała przecież, że w apartamentach czynszowych może mieszkać jedynie biedota, studenci, kawalerowie i artyści, a ludzie bogaci posiadają własne domy. Hotel zaprojektowany przez Edwarda Clarka stworzył jednak ofertę dla bogaczy właśnie, oferując niezwykle, jak na owe czasy, luksusowe wyposażenie. Światopogląd powoli zaczął się zmieniać a Upper East Side zmieniła się z okolicy rolniczej, w rejon zamieszkały przez bogatych Nowojorczyków. Dakota skusiła przecież samego Diabła.

The Lake, Majestic i Dakota

The Lake, Majestic i Dakota

Obok Dakoty znajduje się kolejny hotel – Majestic – z którym wiąże się niezwykle ciekawa historia. Jednym ze stolarzy pracujących przy budowie hotelu był niejaki Bruno Hauptmann, który został stracony za porwanie syna Charlesa Lindbergha, słynnego amerykańskiego lotnika, pierwszego pilota, który przeleciał nad Atlantykiem z Ameryki Północnej do Europy. Legenda głosi, że Hauptmann zdążył zamurować okup, w wysokości 50 tysięcy dolarów, w którejś ze ścian hotelu Majestic.

W Central Parku odwiedzamy jeszcze mnóstwo magicznych miejsc kilkakrotnie przechodząc obok Central Park Zoo. Pingwiny kuszą mnie tak bardzo, że za każdym razem obiecuję sobie, że tu wstąpię, tym bardziej, że cena nie jest wysoka. Nie udało się, podobnie jak nie udało się zajrzeć na 110 ulicę, a więc północną granicę Central Parku, która równocześnie jest południowym krańcem Harlemu. Te dwa miejsca poczekają jeszcze na mnie. Trzeba przecież dać sobie jakiś powód do powrotu.

Dolny Manhattan

Dolny Manhattan

 DAWNO TEMU W AMERYCE

Henry Hudson wpłynął w rzekę, nazwaną następnie jego imieniem, w 1609 roku. Dwadzieścia lat później na skalistej i nieprzyjaznej wyspie Manhattan osiedliła się garstka holenderskich osadników. Holendrzy, w przeciwieństwie do innych kolonizatorów, nastawieni byli bardziej na zysk niż podbój, nie chcieli również na siłę chrystianizować świata, co zaowocowało ścisłą współpracą z miejscowymi Indianami. Czerwonoskórzy ciepło przyjęli niderlandzkich przybyszy, udostępniając im swoje tereny myśliwskie, handlując z nimi futrami i perłami. Tak zaczęło powstawać miasto, które szybko stało się handlowym centrum, jeśli nie świata, to przynajmniej jego zachodniej części.

Wall Street

Wall Street

Niedługo po przybyciu Holendrów, zaczęli do Nowego Amsterdamu, jak wówczas nazywał się Nowy Jork, przybywać Walonowie frankofońscy. Tak zaczął tworzyć się tygiel kulturowy. Swobodny handel, brak większych napięć religijnych, terytorialnych czy kulturowych sprawił, że do miasteczka zaczęli napływać Niemcy z Europy oraz Anglicy z Nowej Anglii i Wirginii. W 1626 roku przybyło z Afryki około dziesięciu Murzynów, którzy pracowali przy wznoszeniu murów fortu. Niewolnictwo w wykonaniu Holendrów różniło się jednak od tego co przekazuje nam historia. Miało charakter podobny do tego ze starożytnego Rzymu. Właściciel płacił swojemu niewolnikowi, a czarnoskórzy mieli prawo odmówić pracy u człowieka, który uchodził za brutalnego. Nie tłumaczy to rzecz jasna niewolnictwa, jednak przedstawia kulturę wczesnego okresu istnienia miasta, daje obraz ludzi, którzy je zbudowali.

Nowojorskiego ducha przeszłości odnajdujemy w architekturze Dolnego Manhattanu. To właśnie tutaj, na południowym krańcu wyspy, ocieramy się o żywą historię miasta. Przechadzając się Pearl Street, oczyma wyobraźni widzimy dawny, usłany muszlami skorupiaków, indiański szlak. Mijamy też tutaj Fraunces Tavern, która do 1776 roku pełniła rolę centrum działalności rewolucjonistów, a gdzie dziś mieści się muzeum. Gdy drewnianą, otaczającą fort palisadę postanowiono wymienić na kamienny mur, na północy miasta powstała Wall Street. Sama ulica, symbol finansowej potęgi Stanów Zjednoczonych, nie jest tak imponująca jak mogłoby się wydawać. Krótka, wybrukowana uliczka, na której ciasno jest od turystów trzaskających zdjęcia surowego budynku Giełdy Nowojorskiej. Nie ma rzeszy finansistów w białych kołnierzykach, są za to nowojorscy policjanci strzegący tego miejsca w sposób szczególny, jako jednego z najbardziej zagrożonych zamachami terrorystycznymi. U szczytu Wall Street znajduje się Federal Hall, miejsce, które odegrało istotną rolę w historii Nowego Jorku, gdy tym panowali już sami Amerykanie – to tutaj na pierwszego prezydenta Stanów Zjednoczonych mianowany został George Washington, co upamiętnione zostało ogromnym pomnikiem stojącym przy schodach budynku.

Bowling Greene nocą

Bowling Greene nocą

W czasie, gdy Nowy Jork był jeszcze Nowym Amsterdamem, miasto zamieszkiwało 21 Polaków. Byli to między innymi Daniel Litscho (prawdopodobnie Liczko), służący w milicji w randze sierżanta, Aleksander Karol Curtius (być może Kurczewski), lekarz i nauczyciel czy Albert Zabirski (Zaborowski lub Zborowski), zamożny właściciel ziemski, obdarzony liczną rodziną, któremu specjaliści z dziedziny geneaologii przypisują dziś dwadzieścia tysięcy potomków.

W 1664 roku, podczas wojny Niderlandzko-Angielskiej, Holendrzy stracili kontrolę nad miastem. Anglicy zajęli kolonię w drodze pokojowej – gubernator Peter Stuyvesant, postać niezwykle dla historii miasta ważna, a którego ślady nie raz spotykaliśmy na swej drodze, oddał Nowy Amsterdam bez walki upewniwszy się, że obywatele będą mogli zachować religię, zwyczaje i prawo spadkowe.

Odwiedzamy pierwszy Nowojorski park miejski – Bowling Green. Z jednej strony zielonego skweru znajduje się National Museum of the American Indian, z drugiej, nowojorski byk, symbol siły tutejszej giełdy, oblegany przez turystów niemal przez 24 godziny na dobę. Każde miejsce w tej części miasta nasycone jest jego historią. Świętując swoją niepodległość Nowojorczycy zdemontowali znajdujący się właśnie w Bowling Green konny pomnik Jerzego III, króla Anglii, i przetopili go na 42 tysiące kul muszkietowych.

Fontanna w Battery Park

Fontanna w Battery Park

Z Bowling Green przechodzimy do Battery Park. Nazwa parku wzięła się od baterii artyleryjskich ustawionych niegdyś w tym miejscu w celach obronnych. Mały okrągły fort, który, na szczęście, nigdy nie musiał zostać wykorzystany w walce, służy dziś jako mini muzeum oraz kasa biletowa dla promów na Liberty Island. Stąd także dwa razy dziennie odpływa prom na Staten Island – piątą, najmniej znaną dzielnicę Wielkiego Jabłka. Okrętujemy się i odpływamy podziwiać Statuę Wolności. Ten monumentalny posąg wznoszono w latach 1884-1886 na znak przymierza amerykańsko-francuskiego z czasów wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Autorem Statuy Wolności jest Frederic Auguste Bartholdi (Eiffel jest jej konstruktorem), który twarzy posągu nadał rysy swojej matki, ciało natomiast odwzorowuje jego kochankę. W jednej dłoni dama wolności trzyma pochodnie, a w drugiej tablicę z datą uzyskania przez Stany Zjednoczone niepodległości. Statua przez lata była symbolem wolności i obietnicą lepszego życia dla imigrantów przybywających z Europy, którzy tę właśnie rzeźbę oglądali przed wpłynięciem do portu na Ellis Island. Ta malutka wyspa była z kolei czymś w rodzaju przedsionka wolności dla imigrantów oczekujących na swoje dokumenty pobytu. Przez Ellis Island przewinęło się ponad 12 milionów imigrantów, a od 1990 roku działa tam muzeum, w którym Amerykanie mogą sprawdzać, czy ich przodkowie nie przebywali właśnie w tym miejscu.

Liberty Island

Liberty Island

Po zwiedzaniu Liberty Island wypływamy na Ellis Island, na której jednak nie jest dane nam postawić stopy – upalne słońce i brak przed nim schronienia, niewielkie śniadanie tego dnia oraz bujanie łodzi sprawiło, że poczułem się wyjątkowo źle, musiałem położyć się na jednej z kanap na łodzi, moja towarzyszka natomiast, wystraszona czuwała przy mnie. Oto wstąpił we mnie duch jednego z polskich imigrantów, którzy przechodzili męki wyspy. Wlał we mnie uczucia, które sam musiał znosić – głód, strach, zmęczenie. Niektórzy nie wytrzymywali takiego stanu i, czekając na Ellis nie raz przez wiele dni, umierali. Ja na szczęście przeżyłem. Egzorcyzmami oraz Snickersem wygnałem z siebie złego ducha.

W Battery Park odwiedzamy też pomnik East Coast Memorial poświęcony żołnierzom poległym na wodach Atlantyku w czasie II Wojny Światowej. Spacerując po parku podziwiamy występy ulicznych tancerzy, którzy, w przeciwieństwie do swoich polskich odpowiedników, ze swojego występu robią ogromne show, zbierając wokół siebie zawsze spore grupy gapiów. Przysiadamy na ławce skąd możemy chwilę popatrzeć na Statuę. Za nami grupka dzieci bawi się przy fontannie. Pośród nich daje się rozpoznać mały Polak, który, sądząc chyba, że nikt ze słyszących go nie rozumie, co kilka sekund rzuca głośne „Kur***!”. Nieco zażenowani ruszamy dalej.

Cmentarz przy Trinity Church

Cmentarz przy Trinity Church

Odchodząc Broadwayem na północ od Bowling Green wkraczamy w Canyon of Heroes. Tą nazwą określana jest południowa część Broadwayu, gdzie często odbywają się parady z okazji różnorakich wydarzeń, a każde z nich upamiętnione jest tablicą wmurowaną w chodnik. Pierwsza parada zorganizowana była 28 października 1886 roku z okazji wybudowania Statuy Wolności, ostatnia do tej pory 7 lutego 2012 roku gdy New York Giants zdobyli mistrzostwo kraju w futbolu amerykańskim. W Kanionie jest jeden polski akcent – w 1979 odbyła się tu parada na cześć papieża Jana Pawła II.

Idąc wzdłuż Kanionu Bohaterów dochodzimy do St. Paul’s Church, najstarszego istniejącego kościoła w Nowym Jorku. Świątynia została założona w 1764 roku i przez dwa lata, gdy Nowy Jork był stolicą Stanów Zjednoczonych, uczęszczał do niego George Washington. Kościół był też czymś w rodzaju bazy dla służb ratowniczych podczas wydarzeń z 9 września 2001 roku.

Na skrzyżowaniu Broadwayu i Wall Street wciąż trwa tzw. „okupacja Wall Street”. Kilku bezdomnych, punków oraz innej maści nawiedzonych buntowników przesiaduje na chodniku trzymając w rękach transparenty z wyświechtanymi hasłami. Są bardziej atrakcją turystyczną niż realnym ruchem. Akcja szybko straciła swój pierwotny, szlachetny cel, jednak znalazła się garstka ludzi, którzy w walce z machiną finansową odnaleźli swój sens życia. Tutaj właśnie można ich spotkać.

Woolworth Building

Woolworth Building

Mijając ich wchodzimy do Trinity Church. Pierwszy kościół powstał tu w 1697 roku, jednak spłonął w wielkim pożarze w 1776, który to pochłonął około 500 budynków, niemal doszczętnie niszcząc niewielkie wówczas miasto. Obiekt stojący tu obecnie, to trzeci już kościół w tym miejscu, a został on ukończony w roku 1846. Przykościelny cmentarz zachował ducha wieków, można tu natknąć się na nagrobki z datami sięgającymi XVII wieku. Leżą tu: Robert Fulton, wynalazca parowca, Alexander Hamilton, pierwszy amerykański sekretarz skarbu, który poległ pojedynkując się z ówczesnym wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych oraz Adam Allyn, komik, którego duch nawiedza to miejsce i nocami śmiejąc się przerażająco straszy przechodniów.

Jednym z najpiękniejszych miejsc jakie odwiedzamy jest City Hall Park, zielony skwer, w którym mieści się siedziba burmistrza Nowego Jorku. Sam park uwodzi zabytkową fontanną szemrzącą ciche obietnice oddechu i wypoczynku. Ratusz, wokół którego wyrósł park, został zbudowany przez Holendrów w XVII wieku i jest obecnie najstarszym tego typu budynkiem w Stanach Zjednoczonych. Nie dane nam jest podziwiać jego architektury ponieważ akurat trwa remont zewnętrznej elewacji i wszystko otoczone jest rusztowaniami. Zabytkowy park urzeka, jego otoczenie obrazuje wieki historii miasta – z jednej strony widać stare kamienice z XVIII i XIX wieku, nad którymi góruje szklany, „wykręcony” wieżowiec 8 Spruce Street, którego budowę zakończono w 2010 roku.

Spruce Street 8

Spruce Street 8

Vis a vis nowoczesnego drapacza chmur stoi Woolworth Building, przepięknie zdobiony budynek z 1913 roku, który, słusznie zresztą, uchodzi za najładniejszą budowlę Nowego Jorku. Woolworth nazywany jest „katedrą handlu” co odzwierciedla zarówno jego wygląd, jak i funkcję. Dalej za parkiem znajduje się Municipal Building, powstały w 1914 roku kolos, którego zakrzywione skrzydła sprawiają wrażenie jakby obejmował miasto swoimi ramionami. Na fasadzie budynku wyryto trzy napisy: New York, Manhattan oraz New Amsterdam. Po wschodniej stronie parku znajduje się jego najważniejszy sąsiad – Brooklyn Bridge. Kamienny most datowany na 1886 rok jest symbolem miasta, a jego oba brzegi łączą dwie najważniejsze dzielnice Nowego Jorku – Manhattan i Brooklyn. Wchodząc na most ma się za plecami ratusz Manhattanu, schodząc – dawny ratusz Brooklynu – osobnego niegdyś miasta.

Odpoczywając na ławce karmimy wiewiórki, które chętnie podchodzą, by jeść nam z ręki. Siedzący obok nas czarnoskóry Nowojorczyk ostrzega nas jednak, że zadrapanie przez to dzikie zwierzę może skończyć się na pogotowiu – jego matka jest pielęgniarką w jednej z miejskich przychodni i codziennie zgłasza się ktoś ugryziony lub drapnięty przez wiewiórkę. Odpuszczamy więc dokarmianie zwierząt i odpoczywamy podziwiając okolicę. City Hall Park uznalibyśmy z pewnością najpiękniejszym miejscem w mieście gdyby nie stojący w parku wielki, dmuchany… ketchup (zdjęcie dostępne w galerii poniżej). Nigdy nie dowiedzieliśmy się dlaczego park wyposażono w takie dziwactwo.

Mosty Brooklyński i Manhattański

Mosty Brooklyński i Manhattański

Zmierzamy do South Street Seaport, gdzie w pięknym, zabytkowym doku nr 17 mieści się nowoczesne centrum handlowe. Można tu nabyć bardzo ciekawe wytwory miejscowej sztuki. Biżuteria i inne różnego rodzaju pamiątki sprzedawane w straganach na zewnątrz centrum to nie chińska tandeta, ale prawdziwe ręczne wyroby nowojorskich artystów. Nie zajmujemy się jednak zakupami. Od strony rzeki znajduje się taras widokowy, z którego rozciąga się panorama na Brooklyn. Czując na twarzy chłodny wiatr znad Atlantyku rozmyślamy o historii miasta. Obok nas przechadzają się duchy Indian polujących niegdyś na tych terenach, imigrantów z Europy, którzy wiele wycierpieli by dostać się do swojej ziemi obiecanej, kolonizatorów dążących do niepodległości, marzących o kraju wolnym i sprawiedliwym.

Nowe WTC i pomnik z pozostałości starego

Nowe WTC i pomnik z pozostałości starego

ZABIĆ WSPOMNIENIA

11 września 2001 roku. Dzień, w którym Stany Zjednoczone zostały zmuszone by dojrzeć jako państwo i jako naród. Mit nietykalności zbudowany po Japońskim ataku na Pearl Harbor upadł. Amerykanie zdali sobie sprawę – „jesteśmy zagrożeni”.

Strefa Zero

Strefa Zero

Państwo, które wciąż wspomina czasy kolonizacji oraz bitwy z Indianami, które nigdy nie zaznało okropieństw wojny, takich jak obozy koncentracyjne czy powstania niepodległościowe, było w szoku, gdy dwa uprowadzone samoloty uderzyły w nowojorskie bliźniacze wieże. „Dziś wszyscy jesteśmy Nowojorczykami” grzmiały media na całym świecie. Ten atak zmienił oblicze świata. Z dnia na dzień zdaliśmy sobie, jako ludzkość, sprawę, że oto mamy nowego, nieuchwytnego wroga. Przeciwnika, który zabija bezwzględnie, atakuje najbardziej czułe miejsca, morduje kobiety i dzieci. Nawet inne organizacje terrorystyczne, takie jak IRA czy ETA, odcięły się od tego co wydarzyło się tego dnia w Stanach Zjednoczonych. Atak wynikający z niewytłumaczalnej nienawiści otworzył oczy wielu.

Rankiem 11 września 2001 roku dwa porwane samoloty uderzyły w bliźniacze wieże, które zawaliły się w ciągu kilku godzin. Mimo, że całą uwagę skupiono wówczas na wieżach, pamiętać należy o pozostałych budynkach kompleksu WTC, które również uległy zniszczeniu. W okolicy uszkodzony został także mały grecki kościół prawosławny oraz Deutsche Bank Building i budynek uniwersytecki, które zostały rozebrane kilka lat po zamachach. Budynek WTC 7, który jako jedyny mieścił się poza kilkuhektarowym placem, szybko został zastąpiony innym wieżowcem.

Freedom Tower

Freedom Tower

Aby odwiedzić Ground Zero należy zdobyć darmowe wejściówki wydawane w 9/11 Memorial Preview Site, mini muzeum przy Vesey Street, na północ od St. Paul’s Church. Wejściówki wydawane są na konkretną godzinę i na określoną ilość odwiedzających na raz, my jednak nie trafiamy na tłumy. Zanim dotarliśmy we właściwe miejsce upamiętniające zamachy, trzykrotnie przeszliśmy przez wykrywacze metali.

Strefa Zero (nazwa ta używana jest przez media, Nowojorczycy wciąż nazywają ją Strefą World Trade Center) to dziś dwa pomniki upamiętniające odciski podstaw bliźniaczych wież. Na fasadach „kwadratów” wyrzeźbione są nazwiska wszystkich ofiar obu zamachów na World Trade Center – w 1993 w jednej z wież eksplodowała ciężarówka, w wyniku czego śmierć poniosło 6 osób. O ten atak również posądzana jest Al-kaida.

Między pomnikami posadzono drzewa i ustawiono ławki. Skwer przepełniony jest zadumą i refleksją. Da się odczuć powagę miejsca, choć tak jak wszędzie, znajdzie się kilku turystów przybyłych jedynie by zrobić sobie zdjęcie. „Byłem, widziałem. Mam w tym miejscu zdjęcie”.

Ground Zero i Freedom Tower

Ground Zero i Freedom Tower

Pomiędzy licznymi drzewkami jedno jest wyjątkowe – to Survivor Tree. W gruzach wież strażacy odnaleźli bezlistny, przypalony kikut, który wykopano i posadzono na Bronxie, by odżył. Gdy drzewo rozkwitło, przeniesiono je z powrotem. Pewnego dnia znów jednak przytrafił się kataklizm – grad zniszczył większość posadzonych tutaj drzew, Survivor Tree jednak, zgodnie z nazwą, uchowało się. Dziś dla Nowojorczyków to niewielkie drzewko jest symbolem przetrwania i niezachwianej wiary w lepszą przyszłość.

World Trade Center było kompleksem siedmiu budynków zaprojektowanych przez Minoru Yamasakiego oraz Antoniego Brittiochi. Oficjalne otwarcie nastąpiło w 1973 roku. W skład zniszczonego kompleksu wchodziły między innymi słynne bliźniacze wieże. Mierzyły 415 i 417 metrów, każda z nich liczyła 110 pięter, zaś na dachu WTC 2 znajdował się taras widokowy. W całym kompleksie pracowało około 25 tysięcy osób. Wszystko zostało zniszczone w ciągu kilku godzin, zabitych zostało 2 973 ludzi. Choć bliźniaczych wież już dawno nie ma, wciąż rzucają na miasto swój cień.

Metropolitan Museum of Art

Metropolitan Museum of Art

NOC W MUZEUM

Nowojorska Mila Muzeów to fragment 5th Avenue idący od 59 ulicy, a więc od skrzyżowania gdzie znajduje się Hotel Plaza, wzdłuż Central Parku na północ. Pierwszym co zwraca naszą uwagę jest mała uliczna księgarenka na rogu Central Parku. Oprócz najbardziej poczytnych bestsellerów znajdujemy tu ciekawe książki dotyczące historii miasta oraz mały antykwariat. Tego typu księgarnie to magiczne miejsca, nie inaczej jest z tą. Spędzamy sporo czasu wertując księgi, na które ostatecznie i tak nas nie stać.

Guggenheim Museum

Guggenheim Museum

Przy Mili Muzeów znajduje się 10 muzeów i galerii, do tego kilka w bocznych ulicach i sąsiedniej Park Avenue, my swoją uwagę skupiamy na dwóch z nich.

Pierwsze to Solomon R. Guggenheim Museum. Już sama architektura budynku zachęca do jego odwiedzenia. Ulotki muzeum kuszą sloganem „Jeśli tak wygląda opakowanie, pomyśl co jest w środku”. Solomon Robert Guggenheim był żyjącym na przełomie XIX i XX wieku biznesmenem, kolekcjonerem sztuki i filantropem. W 1939 roku nakazał zbudować muzeum, w którym swoją przestrzeń znalazłyby dzieła sztuki nowoczesnej.

Przy wejściu widzę małe stoisko informacyjne. Biorę stamtąd mapkę muzeum, informator oraz pytam, choć bez większych nadziei, czy mają pamflet w języku polskim. W odpowiedzi słyszę, że jedynie rosyjskim, tak jakby miało nie robić mi to różnicy. Kobieto, myślę, to jest napisane w innym alfabecie! Uraziła moją dumę narodową. Rosjanie i Polacy to dla Amerykanina mniej więcej to samo. Zimno mają, wódkę piją. Kulturalnie upomnieliśmy panią, że rosyjski nie jest podobny do polskiego i z poczuciem spełnionego obowiązku wobec ojczyzny zaczęliśmy zwiedzać muzeum.

Sztuka starożytnej Grecji

Sztuka starożytnej Grecji

Forma muzeum jest fascynująca. Zwiedza się je wchodząc pod górę deptakiem w kształcie ślimaka, oglądając po drodze wiszące na ścianach obrazy. Podziwiamy stałą ekspozycję, w której znajdują się dzieła, między innymi, Jacksona Pollocka, głównego przedstawiciela ekspresjonizmu abstrakcyjnego, czy Pablo Picasso, twórcy kubizmu. Tymczasowe wystawy poświęcone są Wasylowi Kandyńskiemu i Rineke Dijsktrze. Druga artystka przyciąga naszą szczególną uwagę. Wystawa zatytułowana Rineke Dijkstra: A Retrospective, to seria zdjęć dzieci stojących na plaży w strojach kąpielowych, zwróconych zawsze przodem do obiektywu. Fotografie wykonywane były na plażach USA, Chorwacji, Ukrainy oraz Polski, w latach 1992-2002. Zadziwiające jak wyraźnie, w tak niewielkim skrawku rzeczywistości, widać różnice oraz zmiany kulturowe i gospodarcze zachodzące na świecie.

Drugie muzeum, które odwiedzamy, to słynny MET – Metropolitan Museum of Art. Już w holu czuć aurę wieków. Pierwsza wystawa na jaką się udajemy to dział sztuki starożytnych Greków i Rzymian. Przechadzając się pomiędzy starożytnymi posągami dyskutujemy o kolebce naszej cywilizacji. Sprawdzamy jak wiele udało nam się wynieść z lekcji historii i języka polskiego w liceum, wymieniamy znanych nam bogów greckich wraz z ich rzymskimi odpowiednikami, opowiadamy znane nam mity. Zachwycamy się kunsztem z jakim starożytni wytwarzali swoje narzędzia, biżuterię, wazy, pojemniki na olejki, suknie. Podziwiamy przedmioty, które przez całe życie oglądaliśmy na kartach książek do historii.

Sztuka Indian Ameryki Północnej

Sztuka Indian Ameryki Północnej

Widząc armie Azjatów zwiedzających muzeum w pośpiechu, zdaję sobie sprawę jak różnie odbieramy to co tu widzimy. Dla nich to co oglądają to jedynie ciekawostka, to nie ich dziedzictwo, nie uczyli się o tym w szkołach. Czujemy się tak jak oni, gdy nam przychodzi odwiedzać salę z ekspozycją poświęconą sztuce starożytnej Azji.

Przemierzamy ogromne sale Metropolitan Museum of Art podziwiając wyroby dzikich mieszkańców wysp Oceanii, sztukę afrykańską, rękodzieła Indian obu Ameryk. Zwiedzając dział sztuki średniowiecznej czujemy się jakbyśmy odwiedzali którąś z polskich katedr. Zachwycamy się salą ze zbrojami i bronią.

W sali z malarstwem modernistycznym znów oglądamy obrazy Picassa i Pollocka. Obok nich podziwiamy dzieła Maxa Webera, Balthusa, Salvadora Dali, Marca Chagalla, Joana Miró, Maxa Ernsta, Francisa Bacona oraz wielu innych surrealistów, kubistów, abstrakcjonistów. Odwzorowania snów, wyobrażeń, często nawet narkotycznych wizji. Czyste emocje.

Impresjonizm

Impresjonizm

Wchodząc do sali z europejskim malarstwem od XIII do XIX wieku czujemy się jakbyśmy przekraczali próg świątyni sztuki. Najbardziej fascynuje nas malarstwo flamandzkie – Rubens, Rembrandt, Bosch, Breugl, Vermeer. Rozpływamy się nad ekspresjonizmem Van Gogha, Muncha, Gauguina, Cezanne’a. Urzeka nas romantyzm Goi. Podziwiamy dzieła impresjonistów – Moneta, Degasa, Renoir’a, Pisarro, Seurata. „Głowa dziewczyny” Vermeera, „Pole pszenicy z cyprysami” Van Gogha, „Żniwa” Breugla,  „Niedzielne popołudnie na wyspie Grande Jatte” Seurata, „Lilie wodne” Renoir’a, „Batszeba w kąpieli” Rembrandta.

Ogrom zbiorów przytłacza nas. Nie starczyłoby dnia by w skupieniu przyjrzeć się jednej wystawie, na dokładne zwiedzenie wszystkich ekspozycji brakłoby i roku. Pasjonatom nie starczyłoby całego życia.

Dinozaury

Dinozaury

Po przeciwnej stronie Central Parku znajduje się Museum of Natural History, kolejny kolos, w którym spędzamy cały dzień. Śledzimy historię ludzkości, oglądamy ciało Chłopca z Nariokotome, przyglądamy się szczątkom neandertalczyków, rzeźbom bożków liczącym sobie ponad 32 tysiące lat. Oglądamy wystawy meteorytów i szlachetnych kamieni.

Najwięcej czasu spędzamy w towarzystwie dinozaurów. Dopiero stojąc przed szkieletem Tyranozaura zdaję sobie sprawę z realności tego stworzenia. Dociera do mnie, że te ogromne jaszczury naprawdę chodziły po Ziemi. Szkielety mamutów, tygrysów szablastozębnych oraz innych prehistorycznych ssaków opowiadają nam o różnicach pomiędzy ich, a naszym światem.

Wyruszamy w podróż do gwiazd. W szklanej, nowoczesnej przybudówce muzeum mieści się centrum planetarne – Rose Center for Earth and Space. Można tutaj przyjrzeć się z bliska gwiazdom, planetom, wszechświatowi. Wewnątrz pomieszczenia, które na zewnątrz imitować ma słońce, znajduje się sala kinowa, w której oglądamy niesamowity film o przeszłości i przyszłości naszej planety. Przemierzamy galaktyki, zaglądamy w najdalsze zakamarki kosmosu.

Andy Warhol w MoMA

Andy Warhol w MoMA

Ostatnie muzeum, które odwiedzamy, to mieszczące się przy 53 ulicy Museum of Modern Art. Po raz kolejny mamy styczność z Pollockiem, podziwiamy dzieła innego wielkiego Nowojorczyka – Andy’ego Warhola. Mało kto zdaje sobie sprawę, że Warhol był Słowianinem – jego rodzice urodzili się na ziemiach dzisiejszej Słowacji.

Odwiedzamy dwa najważniejsze obiekty słynnego MoMA – wielkopowierzchniowe „Lilie wodne” Moneta oraz „Gwiaździstą noc” Van Gogha. Oba robią piorunujące wrażenie, ale to Van Gogh bardziej przypada nam do gustu. Ponoć dominacja koloru żółtego oraz efekt halo charakterystyczne dla malarstwa holenderskiego artysty wynikały z choroby oczu. Ciekawa teoria.

Aby dopełnić szczęścia odwiedzamy muzealne patio, na którym często odbywają się różnego rodzaju bankiety, a które sami znamy z jednej ze scen filmu „Annie Hall”. Stać w miejscu, w którym wiemy, że na pewno był Woody Allen – po to przyjechaliśmy do Nowego Jorku.

Hudson River i Jersey City

Hudson River i Jersey City

NA NABRZEŻACH

Manhattan to geograficzna nazwa wyspy, na której stoi nazywana tak samo dzielnica. Słowo to, pochodzące z narzecza zamieszkujących niegdyś te ziemie Indian, oznacza mniej więcej tyle co „skalista wyspa”. Okalające ją wody to, od zachodu, rzeka Hudson oraz, od wschodu i północy, East i Harlem River, które, wbrew nazwom, nie są rzekami lecz cieśninami. Portowy charakter miasta odczuwalny jest nie tylko w jego historii ale też w podmuchach chłodnego, atlantyckiego wiatru.

Wzdłuż linii brzegowej Hudson River, niemal na całej długości wyspy, biegnie deptak z wyodrębnionymi dla biegaczy i rowerzystów ścieżkami. Zaczyna się on przy Financial Center, okolicy, w której w powietrzu czuć bogactwo urzędujących tu ludzi. W małej zatoczce zadokowane są luksusowe jachty, zza okien oszklonych restauracji spoglądają na nas finansiści ubrani w najlepsze garnitury.

Financial Centre

Financial Centre

Z okolicy okraszonej szklanymi wieżowcami wyruszamy na północ wzdłuż rzeki Hudson. Trafiamy w miejsce poświęcone pamięci wydarzenia zwanego Wielkim Głodem w Irlandii. Pomnik ma nietypową formę – czarna, oświetlona białymi pasami bryła rozbrzmiewa głosem opowiadającym tragiczne wydarzenia z połowy XIX wieku. Ciemnym tunelem wchodzimy do wnętrza bryły, by po drugiej stronie znaleźć się… w Irlandii. Na dachu monumentu odwzorowano krajobraz Szmaragdowej Wyspy – ruiny kamiennego domku obrośniętego charakterystyczną dla Éire roślinnością.

Idąc na północ podziwiamy doki przerobione na miejsca rekreacji, słynne Chelsea Piers. Część z nich to pola golfowe i boiska do koszykówki, inne obsadzone są restauracjami i placami zabaw. Idealny przykład zagospodarowania nieużytków w miejskiej przestrzeni. Wzdłuż deptaka, co jakiś czas, rozstawione są nowoczesne rzeźby, na wodzie widzimy ludzi uprawiających kajakarstwo i paddleboarding. Więcej ludzi biega tu niż chodzi. Nowojorczycy aktywnie spędzają swój czas wolny.

Wzdłuż tej trasy mijamy stanowiska helikopterów, gdzie wykupić można przelot nad Manhattanem. W jednym z doków zaokrętowany jest ogromny lotniskowiec, który służy jako muzeum – Interpid Sea, Air and Space Museum, gdzie podziwiać można niezwykłe osiągnięcia amerykańskiej myśli technicznej.

Greenwich Village

Greenwich Village

Zacienione drzewami uliczki, urocze ceglane kamienice, narożne kawiarenki – wszystko co w Nowym Jorku najurokliwsze. Greenwich Village, dzielnica na zachodnim brzegu Manhattanu. To właśnie tu mieszkali popularni „Przyjaciele”, i ja również, gdybym mógł, osiedliłbym się w tej okolicy.  W głównych przecznicach The Village zajadamy się hot-dogami ze słynnego Gray’s Papaya. Odwiedzamy domy Carrey Bradshow z „Seksu w wielkim mieście”, Dashiella Hammetta, scenarzysty „Sokoła Maltańskiego”, Marlona Brando oraz Marka Twaina.

W The Village odwiedzamy Washington Square, nasączony historią park, którym dziś władają studenci. Tutejsza fontanna daje chwile wytchnienia naszym obolałym stopom. Odpoczywamy wsłuchując się w rytm ragtime’u granego przez muzyków ustylizowanych na dandysów lat 30. XX wieku. Podziwiamy monumentalny, wybudowany w 1895 roku, triumfalny łuk, w fasadzie którego dumnie stoją dwa posągi Georga Washingtona. Przedstawiają go jeden jako prezydenta, drugi – generała. W XVIII wieku, dokładnie w miejscu Washington Square, znajdował się cmentarz dla biednych lub niezidentyfikowanych ludzi i szacuje się, że obecnie pod powierzchnią asfaltu, może spoczywać nawet 20 tysięcy ludzkich szczątków. W ten sposób park wypełnia się niezwykłą atmosferą.

Chelsea Market

Chelsea Market

W północno zachodniej części The Village trafiamy do Chelsea Market. Budynek ten był pierwszą w Ameryce fabryką, w której na masową skalę produkowano ciastka, a obecnie umieszczono tu, zachowując surowy charakter wnętrza, galerię handlową. Są tu piekarnie, sklepy ze smakołykami, restauracje, księgarnie. Trafiamy na ciekawy sklepik zajmujący się wyprzedawaniem końcówek serii znanych projektantów. Akurat mieli dostawę – takiego tłoku przy wieszakach z odzieżą nie widziałem nigdy wcześniej. Przy wyjściu z Chelsea Market odwiedzamy jeszcze należącą do niego galerię sztuki. Współczesnej oczywiście.

Prosto z Chelsea Market da się wejść na High Line – mierzący 2,5 kilometra deptak utworzony w miejscu dawnej kolei towarowej. Z portu do jednej z fabryk wiódł tor idący kilka metrów nad ulicą. Po tym gdy okolica z industrialnej przekształciła się w mieszkalną, miejsce to przez długi czas nie mogło zostać zagospodarowane – w końcu w 2009 roku otwarto tu ten niecodzienny park.

High Line

High Line

Wzdłuż High Line znajdują się galerie sztuki, tarasy widokowe, stoiska z lodami i przekąskami oraz kino na świeżym powietrzu. Zachodni brzeg wyspy Manhattan zdominowany był przez fabryki i magazyny obsługujące tutejszy port. Gdy w latach 70. nowojorscy artyści odkryli, że nieużywane już przestrzenie magazynowe idealnie nadają się na ich artystyczne atelier, okolica zmieniła lokatorów zachowując jednak swój industrialny charakter. W ogromnych salach nieużywanych już fabryk dziś mieszczą się najlepsze w mieście kluby. Przechadzając się wiszącym deptakiem widzimy kolejki Nowojorczyków czekających cierpliwie przed drzwiami modnych klubów, aż selekcjoner łaskawie wpuści ich do środka.

Ciepły wrześniowy wieczór na HighLine. Dokładnie rok temu również go przeżyłem. Troje przyjaciół, skrajnie różnych od siebie, wspólnie napawało się jednym z ostatnich wieczorów schyłku lata. Rachael, nowojorska Żydówka, dzięki uprzejmości której mogłem spędzić w Nowym Jorku kilka dni więcej. Josh, polskiego pochodzenia Nowozelandczyk, miłośnik surfingu, student psychologii i wykwalifikowany rzeźnik. Ja, Polak, dla którego Nowy Jork to spełnienie marzeń. Tamtego lata rozstaliśmy się. Dla każdego z nas ten jeden dzień był wyjątkowy i, choć nie powiedzieliśmy tego na głos, wszyscy marzyliśmy, by wspólne popołudnie jeszcze kiedyś powtórzyć.

Widok z Top of the Rock

Widok z Top of the Rock

Każdy wieczór próbowaliśmy spędzać w wyjątkowy sposób. Czasem zajadaliśmy się shake’ami we wspomnianym Madison Park, innym razem podziwialiśmy panoramę Manhattanu od strony Brooklynu, jeszcze kiedy indziej, na ławeczce na brzegu Hudson River wpatrywaliśmy się w zachód słońca nad New Jersey.

Dwa wieczory poświęciliśmy na odwiedzenie dwóch ważnych punktów widokowych – szczyty Empire State Building oraz Top of the Rock. Ten drugi, choć mniej popularny, daje lepsze widoki. Choćby dlatego, że można z niego podziwiać Empire State. Także dlatego, że taras widokowy jest przestronniejszy, a chętnych na jego zwiedzanie jest mniej.

Empire State Building to, obok Statuy Wolności, najpopularniejszy symbol Nowego Jorku. Taras widokowy znajduje się na 86. piętrze i, aby zniwelować różnice w ciśnieniu powietrza, wjeżdża się tam aż trzema windami. Empire stał się sławny głównie dzięki finałowym scenom kilku filmów. To właśnie na ten wieżowiec wspina się Tom Hanks w ostatniej scenie „Bezsenności w Seattle”, także tutaj swojej miłości oraz żywota dokonuje King Kong.

Widok z Empire State Building

Widok z Empire State Building

Pewnego dnia, spacerując po Greenwich Village, zostajemy zaczepieni przez parę Brytyjek. Odruchowo odmawiamy, nic nie chcemy, nic wam nie damy. Brytyjki nie wyglądały jednak ani na żebraczki, ani naciągaczy, zatrzymaliśmy się więc na chwilę, by ich wysłuchać. Zauważyły mój plecak i butelkę wody w ręce, więc wywnioskowały, że jesteśmy nietutejsi. Po chwili wręczyły nam po dwa bilety CityPass pozwalające na odwiedzenie, do wyboru, Guggenheim Museum  lub Top of the Rock (szczytu jednego z wieżowców w Rockefeller Center) oraz wypłynięcie w rejs – na Statuę Wolności lub dookoła Dolnego Manhattanu. W zamian nie chciały niczego, po prostu nie wykorzystały na czas swoich biletów, a właśnie opuszczały miasto. Posiadaliśmy własne bilety CityPass, a dzięki takiej darowiźnie nie musieliśmy wybierać spośród wskazanych atrakcji – mogliśmy odwiedzić je wszystkie.

Szybko wykorzystaliśmy jeden z biletów. W rejs wokół południowego przylądka wyspy celowo wypłynęliśmy wieczorem aby móc podziwiać panoramę Manhattanu nocą. Przewodnik, który płynął z nami, opowiedział kilka ciekawych historii.

Dolny Manhattan nocą

Dolny Manhattan nocą

Wskazując Empire State Building nazwał go jednym z cudów świata, gdyż przy budowie Piramid, które za jeden z nich są uważane, pracowało ponad 30 tysięcy robotników, budując je ponad 20 lat, natomiast Empire wznosiło zaledwie 3,5 tysiąca robotników, a zajęło im to 2 lata. Oczywiście wszystko to mówił żartem, znając jednak amerykańskie zadufanie, wiedzieliśmy, że sam w to wierzy.

Pilot odkrył przed nami także tajemnicę przydomku Wielkie Jabłko, jakim często określany jest Nowy Jork. Otóż w latach 20. XX wieku, czarnoskórzy jazzmani opisywali to miasto jako najbardziej sprzyjające ulicznemu graniu. To właśnie tutaj, według nich, najlepiej można było zarobić grając na chodniku, to tutaj najbardziej doceniono jazz. Pieniądze w jazzowym slangu to „sugar”, w wielu piosenkach można usłyszeć określenia „sugar mama” albo „sugar baby” co oznacza albo osobę bogatą albo taką, dzięki której można zarobić. W jabłku zawarte jest dużo cukru. Tak więc Wielkie Jabłko to miejsce, w którym każdy znajdzie dla siebie trochę „cukru”. Historia nieco rozczarowująca i dość grubymi nićmi szyta. Mam nadzieję, że to jedynie jedna z wielu wersji wyjaśnienia tej nazwy, i że przynajmniej jedna z nich jest bardziej romantyczna.

Manhattan nocą

Manhattan nocą

Gdy mijaliśmy Woolworth Building, nasz wzruszony przewodnik wyznał, że dla niego oraz innych Nowojorczyków, to niezwykłe oglądać tą budowlę w pełnej okazałości, ponieważ przed zamachami w 2001 roku zawsze przesłonięta była bliźniaczymi wieżami.

Przepływając koło Statuy Wolności mieliśmy za plecami nocną panoramę Manhattan Skyline. Przepiękny widok, poprosiliśmy więc siedzącą obok nas Niemkę, by nas sfotografowała. Mając przed sobą jeden z najlepszych miejskich krajobrazów świata zrobiła nam zdjęcie najgorsze z możliwych, tak złe, że do dziś nie mogę wyjść z podziwu dla jej talentu. Zainteresowanym wyślę to zdjęcie na e-mail.

Przepływając pod mostami łączącymi Manhattan z Brooklynem podziwiamy panoramę nowojorskiego Downtown i Midtown. Wszystkie najsłynniejsze wieżowce pozdrawiają nas mrugnięciami świateł swoich okien.

Woody Allen "Manhattan"

Woody Allen „Manhattan”

Następnego dnia odwiedzamy przeciwny brzeg Manhattanu. W Carl Schurz Park na północy wyspy, oglądamy miejsca, w których działa się akcja filmu „25. godzina” Spike’a Lee, naszej filmowej biblii. Z Parku rozciąga się piękny widok na Brooklyn oraz mosty łączące Manhattan i Bronx. Na południe od tego miejsca znajduje się Sutton Place Park, gdzie robimy sobie zdjęcie, które było celem naszej wyprawy. Siedząc na ławce przy East River, spoglądając na Queensboro Bridge, zatapiamy swoje myśli w allenowskim wymiarze Nowego Jorku. Właśnie w tym miejscu, lepiej niż gdziekolwiek indziej, rozumie się stwierdzenie Allena, że „Nowy Jork to czarno-białe miasto”. Czujemy się jak postacie z filmów naszego ulubionego reżysera, gdy spoglądając głęboko w brązowe oczy Brooklynu rozmawiamy o literaturze, seksie i Jungu.

Union Square Park

Union Square Park

RÓB, CO NALEŻY

W nowoczesnych wagonach nowojorskiego metra można zauważyć obrazek. Fragment kolorowej rzeczywistości, wklejonej w miejski chaos. Obrazek ten, autorstwa Sophie Blackall, przedstawia przekrój pasażerów metra. Obok siebie tłoczą się dzieci wracające ze szkoły, matka z córką, turysta z zaciekawieniem spoglądający za okno, rybak, bezdomny z wyglądającym mu spod kurtki pieskiem, dwie zakonnice, Żyd, obładowana zakupami Azjatka, muzycy, uliczni artyści, pan z balonikami, zakochana para oraz przygarbiony, młody chłopak z słuchawkami na uszach, zapatrzony w ekran swojego telefonu tak intensywnie, że niemal słychać dźwięki gry, w której właśnie się pogrąża. Nowy Jork. 20 milionów ludzi, dziesięć tysięcy osób na kilometr kwadratowy, ponad 800 języków. W metrze widzi się jednak twarze zamkniętych w sobie,  zapracowanych mieszkańców Wielkiego Jabłka. Ludzi, których oczy zasłonięte są ekranami smartphonów, a uszy zatkane słuchawkami. W wagonach nowojorskiego metra, w ciasnym i cichym tłumie, spojrzeć można w czterdzieści milionów oczu, dwudziestu milionów samotnych twarzy, z której każda posiada swoją wyjątkową opowieść. Nowy Jork, jedna ze Stolic Świata, ma pewną cechę charakterystyczną dla tak ogromnych metropolii – wszyscy tu są Nowojorczykami, jednocześnie nikt nie jest stąd.

Sklep w Chinatown

Sklep w Chinatown

Chinatown jest otwarte na turystów i ich portfele. Nowojorskie pamiątki warto kupić tutaj, najlepiej targując się o możliwie najniższą cenę. Na ulicy zaczepiają nas naganiacze. Zegarek, naszyjnik, pamiątka. Lunch zjadamy w małym, raczej tandetnym, chińskim barze. Tutaj również czujemy ducha wszechobecnego, chińskiego tandeciarstwa – dostajemy nie to co zamawiamy! Jednak perspektywa kłótni z ledwo znającą angielski, lub przynajmniej udającą, że tak jest, azjatycką kucharką zniechęca nas do składania reklamacji.

Urok tej dzielnicy odczuwamy dopiero w Columbus Park, zielonym, wyposażonym w boisko do koszykówki skwerze, gdzie starsi Chińczycy wypoczywają słuchając swojej muzyki ludowej oraz grając w chińskie szachy. Na tarasie tutejszego pawilonu ktoś uprawia Qi-Gong, chińską gimnastykę leczniczą.

Trafiamy do buddyjskiej świątyni Mahayana, gdzie składamy niewielką ofiarę, za co obdarzeni zostajemy pomyślną wróżbą oraz odpalamy dwa kadzidełka i w ich dymie przyglądamy się modlącym się buddystom. Czuć tutaj błogi spokój, brak fanatyzmu oraz otwartość tutejszych mnichów.

Kawiarnia w Little Italy

Kawiarnia w Little Italy

Z tłocznych i gwarnych przecznic Chinatown wchodzimy w spokojniejsze Mulberry Street, ostatnią już ulicę tworzącą historyczne, a pożerane przez otaczającą chińską dzielnicę, Little Italy. Pijąc kawę w jednej z tutejszych kawiarenek staramy się wyobrazić sobie włoskie gangi rządzące tymi ulicami jeszcze nie tak dawno temu. Próbujemy wejść w skórę Martina Scorsese, reżysera pochodzącego właśnie stąd, i jego spojrzeniem objąć okolicę, w której się wychował. Dziś jednak Little Italy utraciło swój wyjątkowy charakter. Włosi wynieśli się stąd, a ci którzy zostali, próbują zarobić na sławie tego miejsca, odwiedzanego rocznie przez tysiące turystów. Najlepszym przykładem tego, jak zmienia się ta okolica jest fakt, że włoską kawę, we włoskiej kawiarni podali nam Portorykańczycy, a u wylotu Mulberry już zaczynają pojawiać się szyldy z chińskimi literami.

Uliczna księgarnia

Uliczna księgarnia

Cała okolica przesiąknięta jest wielokulturowością, tutaj stykały się kultury i narody, egzystowali ludzie, których bieda, wojna i nietolerancja wygnały z Europy. Jedna z kamienic przy Broome Street w fasadzie wyrzeźbioną ma twarz sędziwego mężczyzny – w zależności od lokatorów, raz był to Mojżesz, raz Garibaldi. Dalej przy tej samej ulicy znajduje się dawny budynek kościoła San Salvatore. Była tu protestancka misja episkopalna, której celem było zwabienie Włochów wyznania rzymskokatolickiego obietnicą prowadzenia mszy w ich języku narodowym. Większość świątyń czyniła to wówczas po łacinie lub, ze względu na Irlandczyków, po angielsku. Dziś natomiast mieści się tu ukraińska katedra prawosławna. W Little Italy znajduje się Stara Katedra Św. Patryka, niegdyś ostoja katolików z Włoch i Irlandii, którzy popadali w liczne konflikty z mieszkającymi w niedalekiej Lower East Side Żydami. Wysokie, kamienne mury kilkukrotnie chroniły Irlandczyków przed okresowymi wybuchami przemocy ze strony protestantów.

Nowojorczyk przy stacji metra

Nowojorczyk przy stacji metra

Dziś okolica jest dużo spokojniejsza, a zajmować ją zaczynają Azjaci. Przy bocznych murach katedry, od strony Prince Street, trafiamy w jedno z tych magicznych miejsc, które nigdy nie są opisywane w przewodnikach. Kilku artystów rozłożyło tu swoje stragany i sprzedają ręcznie przez siebie robioną biżuterię. Maestria wykonania zachwyca nas, podobnie jak ceny odstraszają. Ten mini targ odbywa się tu w każdy weekend pomiędzy kwietniem a październikiem.

Zwiedzając Midtown, na Broadwayu i w pobliskich alejach robimy zakupy: ubrania, książki, pamiątki. Na chodnikach mnóstwo ulicznych artystów próbujących zarobić pracą swoich rąk. Ręcznie robiona biżuteria, galanteria, malarstwo. Moją uwagę przyciągają mapy linii autobusowych Bronxu, na których flamastrem namalowane są ciekawe postacie. Ze szczególną uwagą przyglądam się jednej z nich, na której stoi raper z magnetofonem na ramieniu, podpisany imieniem Radio Raheem. Jako fan twórczości Spike’a Lee od razu rozpoznaję to imię. Radio Raheem to tragiczna postać z filmu „Rób co należy”, obrazu traktującego o rasizmie i rasowych uprzedzeniach. Artysta, widząc moje zainteresowanie, podchodzi szybko. Typowy czarnoskóry luzak. Przybijamy piątkę, „Yo, yo, chcesz kupić?”, zapewniam go, że bardzo mi się podoba to co robi ale nie stać mnie na takie rarytasy, bo jestem w podróży. „Skąd jesteś?” pyta, „Z Polski”. Na chwilę zanurza się pod swoim straganikiem, wyciąga kilka plansz malunków, tych jego zdaniem pewnie nieudanych. Pozwala mi wybrać jedną mówiąc: „Weź to za darmo, przekaż tylko ludziom w Polsce, jak wspaniali są Nowojorczycy”. Doceniam prezent, który uważam za jedną z najciekawszych pamiątek jakie ze sobą przywiozłem. Nowojorczycy zaiste są wspaniali.

Empire State Building z Madison Park

Empire State Building z Madison Park

Innym razem, spacerując po SoHo, zaczepieni zostajemy przez dwóch czarnoskórych raperów. Chcą sprzedać nam swoje albumy. Odmawiam grzecznie, zapewniając, że ich muzyka z pewnością jest dobra, ale po prostu nie stać mnie na nią. „Jesteś z Brooklynu?”, poniekąd zostałem obdarzony komplementem dotyczącym mojej znajomości angielskiego. „Nie, z Polski”, na twarzy rozmówcy widzę niezrozumienie. „Mógłbym posłuchać twojej płyty, ale gdyby była za darmo” odpowiadam z uśmiechem. „Jest prawie za darmo”. Tak czy inaczej nie stać mnie na nią i przybijając sobie piątki rozstajemy się. Spotkanie z raperami nasuwa mi pewną myśl – tutejsi muzycy mają tupet, aby swoją muzykę wciskać przechodniom za pieniądze bez możliwości wcześniejszego przesłuchania. Być może to przyszłe gwiazdy pokroju Dr. Dre czy Ice Cube’a. Życzę im tego z całego serca, na mnie jednak nie zarobili.

W czasie naszego krótkiego pobytu niektóre z miejsc odwiedzaliśmy po wiele razy, kilka z nich wpisując w nasz rytuał dnia. Staraliśmy się otrzeć o nie, jeśli tylko była taka sposobność. Jednym z takich miejsc był Madison Square Park, w którym wieczory koronowaliśmy shake’ami, w którym też na telebimie, w otoczeniu Nowojorczyków, śledziliśmy wyniki US Open. Moją uwagę zwraca młody, amerykański tenisista o nazwisku Thai Son Kwiatkowski.

W otoczeniu Madison Park stoi kilka ciekawych budynków. Przede wszystkim Flatiron Building, jedna z ikon Nowego Jorku. Oficjalna nazwa wieżowca to Fuller Building, a Flatiron to odniesienie do charakterystycznego kształtu budowli – słowo to oznacza żelazko. Obok niego Metropolitan Life Building z charakterystyczną wieżą zegarową oraz sąd, którego fasadę zdobią posągi wielkich prawodawców naszego świata, między innymi Mojżesza i Konfucjusza. Podstawa jednego z posągów jest pusta – stała tutaj podobizna Mahometa, jednak usunięto ją ze względu na zakaz przedstawiania wizerunku proroka w islamie.

Flatiron Building

Flatiron Building

Innym parkiem, w którym bywaliśmy często, głównie ze względu na położoną tu stację metra, był Union Square Park. Mieści się tutaj targ, na którym zakupić można świeże owoce i warzywa, kwiaty i pamiątki, my natomiast zaopatrujemy się w wino jednego z lokalnych wytwórców tego szlachetnego trunku. W stacji metra przy Union Square karierę rozpoczynali Felice Brothers, jedni z moich ulubionych wykonawców folk-rocku. Scena nowojorskiego metra to dla muzyków nobilitacja, nie każdy może występować w miejskich podziemiach. Aby móc umilać pasażerom czas swoim graniem, należy w urzędzie zaprezentować się przed komisją istniejącą specjalnie po to, by prowadzić selekcję muzyków z metra. Można rzec, że nowojorski urząd transportu dba o poziom muzyczny na swoich stacjach.

Pewnego dnia, jadąc metrem pod Manhattanem, jesteśmy świadkami interesującej sceny. Do wagonu, śpiewając a capella, weszło czterech czarnoskórych mężczyzn. Wykonywana przez nich piosenka była naprawdę kapitalna. Tańcząc przeszli przez wagon z wyciągniętym kapeluszem zbierając po drodze nie małą kwotę pieniędzy. W Nowym Jorku dając ulicznym performerom mniej niż 5 dolarów narażasz się na ich realny gniew. Tutaj ulicznicy cenią siebie oraz to co robią. Dzięki muzyce przez chwilę na twarzach pasażerów metra widać było uśmiechy.

MetLife, Grand Central Terminal i Chrysler Building

MetLife, Grand Central Terminal i Chrysler Building

ŚNIADANIE U TIFFANY’EGO

Trzymając w rękach kubki kawiarni Starbucks przeglądaliśmy się w lustrach szyb sklepowych witryn. Nowy Jork odebrał Paryżowi część splendoru związanego z modą. Elegancja i klasa w równym stopniu co ze stolicy Francji pochodzą stąd. Najlepsze garnitury, najdroższe suknie, najpiękniejsze perfumy, najbardziej misterna galanteria.

Matka Boska Częstochowska w St. Patrick's Catedral

Matka Boska Częstochowska w St. Patrick’s Catedral

Spacerując pomiędzy sklepami marek Armani, Dolce Gabbana i Yves Saint Laurent trafiamy w ciekawe miejsce. Jedna z księgarń wystawiła przed swój sklep tymczasowe stoisko, antykwariat gdzie można było kupić stare księgi poświęcone Azji i Afryce. Bauman Rare Books, bo tak nazywała się księgarnia, oferuje naprawdę niezwykłe księgozbiory, a swoje sklepy ma w każdym większym mieście Stanów Zjednoczonych.

Dwie przecznice stąd odwiedzamy jedno z istotniejszych miejsc na naszej liście. Tiffany & Co. Moja towarzyszka stojąc przy oknie słynnego jubilera wygląda nie mniej olśniewająco niż Audrey Hepburn w swojej najlepszej roli. Truman Capote, autor opowiadania „Śniadanie u Tiffany’ego”, byłby dumny i zauroczony.

Kilka kolejnych przecznic dalej odwiedzamy katedrę mojego imiennika, najsłynniejszą świątynie Nowego Jorku. Nasze zaskoczenie jest ogromne, gdy okazuje się, że wewnątrz akurat znajduje się obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Bezpiecznie wisi pośród ścian irlandzkiej katedry, gdzie nikt nie spodziewa się, że za kilka miesięcy jakiś szaleniec wykona na niego zamach i będzie próbował go zniszczyć.

Rockefeller Center

Rockefeller Center

Na przeciwko katedry wchodzimy w Rockefeller Center. Odwiedzamy sklep Lego, tutejsze centra handlowe, podziwiamy posąg Prometeusza, który zimą dopełnia scenerii ze słynną choinką, gdzie filmowy Kevin spotkał swoją matkę. Pośród wiszących tu flag świata odnajdujemy naszą, polską i dumnie ruszamy dalej. Przechodzimy obok NBC Studios oraz Radio City Music Hall na ścianie którego wiszą trzy bardzo interesujące płaskorzeźby – każda z nich personifikuje inną sztukę, mamy więc muzykę, taniec i teatr. Budynek Radio City odegrał też istotną rolę w filmie „Złote czasy radia”, jednej z bardziej autobiograficznych pozycji Woody’ego Allena. Kolejny kontakt z mistrzem dopełnia naszego poczucia, że swoją podróż wypełniamy w najlepszy dla nas sposób.

Kilka przecznic na południe od Rockefeller Center odwiedzamy jeden z ważniejszych symboli Nowego Jorku, który przez większość naszego tutaj pobytu skutecznie omijaliśmy. Times Square Garden. Odpoczywamy chwilę na czerwonych schodach obok pomnika Ojca Duffy’ego, zwiedzamy sklepy M&M’s, Disneya oraz inne, piętrowe, sklepy z zabawkami. Gdybym trafił tu jako dziecko, płakał bym z radości. Dziś jednak, mając w oczach jedynie tęsknotę za dzieciństwem, podziwiam ogromne, zbudowane z klocków, wieżowce. Z zachwytem niczym u dziesięciolatka patrzę na ogromnego dinozaura strzegącego wejścia do zabawkowego Parku Jurajskiego. Moja towarzyszka ma szanse poczuć się jak księżniczka, gdy wsiada do karocy Kopciuszka. Odwiedzamy ogromny sklep z komiksami, gdzie nabyć można zarówno nowości jak i komiksowe białe kruki. Patrząc w twarze klientów tego miejsca dociera do mnie płynne znaczenie słowa „nerd”.

Bryant Park

Bryant Park

Na ulicy panuje gwar, setki turystów przepychają się, robią zdjęcia z nagim kowbojem, jedną z atrakcji Times Square, taksówki trąbią, ludzie krzyczą, wyją syreny. Spoglądamy na szyldy teatrów Broadway’owskich ale kroki kierujemy w 42th Street, jedną z najbogatszych ulic świata.

W latach 70. 42th Street była jedną z tych, gdzie podupadłe teatry i kina wyświetlały niemal wyłącznie filmy pornograficzne. Dopiero w następnych dekadach wypchnięto stąd hedonistów, a okolica stała się jedną z bogatszych w mieście i na świecie.

Pierwszą ciekawostką na jaką trafiamy jest Candler Building, wieżowiec, którego nazwa pochodzi od nazwiska Asy Candlera, człowieka zupełnie zapomnianego, a który był twórcą marki Coca-cola.

New York Public Library

New York Public Library

Odwiedzamy Bryant Park. Akurat jest pora lunchu. Obok nas mnóstwo finansistów w białych kołnierzykach rozsiada się w ogólnodostępnych w parku krzesłach, pijąc kawę i dyskutując, prawdopodobnie o interesach. Elegancko ubrani dżentelmeni grają w grę w kulę, tzw. petankę, która polega na wrzuceniu własnej kuli w wyznaczony na planszy cel, zbijając przy okazji kule przeciwnika. Dzieci korzystają z dostępnej w parku karuzeli. Przysiadamy na trawniku by pośród Nowojorczyków zjeść lunch. Kupujemy kanapki w parkowej restauracji i podziwiamy okoliczną architekturę. Pomiędzy szklanymi wieżowcami wyróżnia się niezwykły, czarno-złoty Bryant Park Hotel. Tuż przy parku znajduje się Nowojorska Biblioteka Publiczna. Odwiedzamy ją z dwóch powodów: po pierwsze jest to niezwykle piękny i ważny dla miasta budynek, po drugie to tutaj miała miejsce scena otwierająca film „Pogromcy duchów”. Słynne lwy stojące przy wejściu noszą nazwy Patience i Fortitude, czyli Cierpliwość i Niezłomność, co określać miało naród Amerykański w dobie kryzysu na początku XX wieku. Miliony książek, największa w Stanach Zjednoczonych czytelnia główna, ogromne zbiory materiałów badawczych oraz oczywiście przepięknie zdobione ściany i sufity – to wszystko sprawia, że wnętrze biblioteki robi niesamowite wrażenie.

Grand Central Terminal wewnątrz

Grand Central Terminal wewnątrz

Kolejna nieprzeciętna budowla jaką podziwiamy to Grand Central Terminal, jeden z największych i z pewnością najważniejszych dworców kolejowych w kraju. Przy zegarze Tiffany’ego, znajdującym się przy wejściu od strony 42th Street, stoją trzy rzeźby – są to Merkury, Hera i Herkules, a symbolizują, odpowiednio, handel, mądrość i siłę. Poniżej zegara stoi postać Corneliusa Vanderbilta, twórcy tego monumentalnego budynku. Hala dworca jest niezwykła, na sklepieniu wymalowano nieboskłon ze znakami zodiaku, środek sali zdobi charakterystyczny złoty zegar, a pod sufitem wisi flaga amerykańska.

Stojąc przed Grand Central Terminal podziwiamy MetLife Building oraz kolejny symbol miasta – Chrysler Building, który był najwyższym wieżowcem na świecie do momentu, gdy wzniesiono równie słynny Empire State.

U wylotu 42. ulicy, przy brzegu East River, znajduje się siedziba główna organizacji ONZ. Po jej założeniu w 1945 roku, Stany Zjednoczone złożyły oficjalny wniosek aby kwatera główna mieściła się właśnie w tym kraju. Obecnie do ONZ należą 192 państwa oraz 3 kraje nie będące członkami ale tzw. obserwatorami.

Brooklyn Bridge i Słupy Światła

Brooklyn Bridge i Słupy Światła

Ostatni wieczór w Nowym Jorku spędziliśmy na wschodnim brzegu East River, pomiędzy mostami Brooklyńskim i Manhattańskim, podziwiając po raz ostatni wieczorną panoramę miasta oraz Słupy Światła upamiętniające wydarzenia z 9 września 2001 roku. Trzymając się za ręce zaczynamy już za Nowym Jorkiem tęsknić mając nadzieję, że niebawem znów przyjedziemy.

Siedząc na jednej z ławek Brooklyńskiej Promenady wiedziałem, że oto spełnia się moje wielkie marzenie o Nowym Jorku. Patrząc na popołudniowe, mieniące się wieloma odcieniami czerwieni niebo, spoglądając w okna biurowców Manhattańskiego Downtown, trzymałem za rękę jedyną słuszną towarzyszkę mojej największej podróży. Siedząc w ciszy wspólnie zagłębialiśmy się w jedną myśl. Przez lata oglądaliśmy to miasto jedynie przez srebrny ekran telewizora. Nowy Jork, wrota lepszego świata, obietnica spełnienia snów. Czujemy jak wieżowce spoglądają na nas setkami okien, tysiącami opowieści, pojedynczych, wyjątkowych ludzkich historii. Odwzajemniamy spojrzenie ze świadomością, że my stworzyliśmy jedną z nich.

Patryk Szymański.

Panorama Manhattanu

Panorama Manhattanu

Zapraszam również do zapoznania się z PORADNIKIEM dotyczącym Nowego Jorku oraz tekstem NOWY JORK. JEDYNE PRAWDZIWE MIASTO, który opisuje inny mój pobyt w Mieście, Które Nigdy Nie Zasypia.

Galeria zawiera wszystkie zdjęcia umieszczone we wpisie oraz kilka zdjęć przedstawiających opisane miejsca i wydarzenia, dla których powyżej brakło miejsca.

8 komentarzy

  1. Absolutnie rewelacyjna relacja z Twojej podróży. Poszukuje informacje na temat Big Apple, gdyż sam będę miał okazję zobaczyć je we wrześniu. Dzięki Tobie dowiedziałem się wiele nowych informacji, czy to o historii czy o miejscach wcześniej mi nie znanych. Z pewnością będzie mi pomocny przy stworzeniu własnego planu podróży. Dzięki wielkie za tą relacje.

  2. patrykszymanski

    Polecam ci zatem ten poradnik – http://fandango.xpedia.pl/poradnik-nowy-jork/

    We wrześniu w NYC dzieje się sporo ciekawych rzeczy – festiwal San Gennaro czy Dumbo Arts Festival – oba polecam!

  3. Patryku, dziękuje Ci za ciekawe i tresciwe relacje z Twoich podróży do NYC. Tydzień temu wróciłam zza oceanu, a przygotowując się do wyjazdu, korzystalam z Twojej strony chętniej niż z przewodników. Twoje zdjęcia, opisy, komentarze czy propozycje filmowe były bardzo wartościowe i pomocne. Przyczynileś się do tego, że moje wakacje były bardzo udane, jeszcze raz DZIĘKUJE!

  4. Świetny opis. Nie mogłam się oderwać od czytania. Wszystkie wskazówki dot. zwiedzania NYC też baaardzo przydatne. Wyhaczyłam kilkla przydatnych informacji dla siebie. Z przyjemnością odwiedzę jeszcze to miejsce. Well done! Pozdrawiam

  5. Wyjeżdżam za 4 dni :-) bardzo pomogłeś mi w zaplanowaniu wizyty w Wielkim Jabłku. Dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *