Dał nam przykład Bonaparte…

Już lata temu polskie Tatry przestałby być mi obce. Z czasem zamiast odkrywać, zacząłem je chłonąć. Wydaję mi się to naturalnym porządkiem rzeczy, że pierwsza wycieczka w Dolinę Kościeliską jest magiczna, a kolejne to już tylko rutyna przed wyjściem w wyższe partie gór. Pierwsze wycieczki w Tatry Wysokie, gdy byłem jeszcze nastolatkiem, sprawiały, że czułem się niczym prawdziwy odkrywca, bo tuż przed maturą kto lepiej mógłby rozumieć poetyckość polskich gór jeśli nie maturzysta właśnie? Byłem wówczas na „ty” z Kasprowiczem i Przerwą-Tetmajerem, ale z czasem znajomość ta wyblakła. Staw Smreczyński z miejsca, w którym Kasprowicz dokonał symbolicznej „Róży”, stał się po prostu kolejnym górskim oczkiem wodnym,a Giewont ze Śpiącego Rycerza zmienił się w górę wiecznie otoczoną kolejkami pielgrzymów, którzy, ryzykując porażenie piorunem, klnąc na pozostałych turystów, pną się w górę by zrobić kilka zdjęć pod najsłynniejszym polskim krzyżem.

Dolina Kościeliska

Dolina Kościeliska

W Listopadzie 2012 roku odwiedził mnie mój przyjaciel z Francji. Jego prapradziadek, francuski Dragon, przebył wraz z Napoleonem drogę z Francji do Moskwy i z powrotem, przechodząc przez ziemie polskie, odwiedzając,  jak mówią kroniki opisujące krucjatę Bonapartego, miejscowość Łebodno (dziś Łobodno), a więc wieś położoną zaledwie dwa kilometry od mojego rodzinnego domu. Przyjaciel mój, starający się o przyjęcie do Francuskich Sił Powietrznych, marzący o podniebnej wolności, zachwycony był nowoczesną historią Polski. Z błyszczącymi oczami wysłuchiwał więc o sukcesach polskiego Dywizjonu 303. Drżącym głosem, stojąc nad mogiłą w miejscowości Miedźno, dopytywał mnie o okoliczności śmierci brata mojego dziadka, który za partyzantkę osadzony został w Auschwitz. Z głębokim smutkiem w oczach orzekł: „powinno ich być więcej” gdy dowiedział się, że w bitwie pod Mokrą walczył i poległ tylko jeden przedstawiciel jego narodu. Okazał radość nie do wyrażenia, gdy dowiedział się, że mój dziadek zna pierwszą zwrotkę narodowego hymnu francuskiego, bo, jak się okazało, właśnie tego uczono w polskich szkołach tuż po wojnie. Poczuł się zobligowany by samemu nauczyć się hymnu polskiego, jednak problemy natury językowej nie pozwoliły bym dobrnął z nim aż do fragmentu, w którym Bonaparte daje nam przykład jak zwyciężać mamy.

Śpiący Rycerz

Śpiący Rycerz

Francuza tego, jako wielkiego miłośnika wspinaczki, postanowiłem zaprosić w Tatry, góry polskie naznaczone bolesną historią naszego narodu. Jego zachwyt niezwykle mnie zaskoczył. Tatry to góry typu alpejskiego, mniejsze jednak od swoich francusko-włoskich odpowiedników, spodziewałem się więc, że przyszły soldat przyjmie je jako coś zwyczajnego. Hala Gąsienicowa i Dolina Strążyska wywarły na nim jednak takie wrażenie, że jeszcze po powrocie do Francji, przeglądając zdjęcia z pobytu w Polsce, pisał do mnie o Tatrach używając określenia „paradis”.

Najpiękniejsza w Tatrach jest zdecydowanie jesień, jednak Listopad to akurat „martwy” miesiąc. Deszczowa aura, mgły, błotniste ścieżki – nie sprzyja to turystyce górskiej. Z pogodą trafiliśmy jednak idealnie. Polska przykryta była chmurami, ale po wejściu na ok 1200 m.n.p.m, kąpiąc się w słońcu, staliśmy już nad nimi. Spacer Skupniów Upłazem upływał przy rozmowach o polskiej kulturze. Zakopanem było przecież ostoją polskości pod zaborami, tutaj też swe dolegliwości leczyła Maria Curie, a każda wzmianka o kulturowych zależnościach pomiędzy Polską i Francją powodowała u nas dreszczyk emocji i pogłębiała wielką polsko-francuską przyjaźń.

Hala Gąsienicowa

Hala Gąsienicowa

U szczytu Skupniów Upłazu, na rozstaju dróg, skąd można zejść w Dolinę Jaworzynki, zrobiliśmy sobie postój na herbatę i posiłek. Spoglądając na Giewont snułem opowieść o rycerzu, synu Smoka, który walcząc w obronie swojej siostry został zaklęty w kamień i czeka wciąż na dzień przebudzenia, który przyjdzie, gdy narodowi będzie groziło niebezpieczeństwo. Legenda o Śpiącym Rycerzu, Le Chevalier qui dort, poruszyła wyobraźnię Francuza, który od tej pory czuł, że pod stopami ma nie skały, lecz żywego, oddychającego ducha Polski.

Schodząc w Halę Gąsienicową w stronę schroniska Murowaniec, przyjaciel mój jako wielki fan tolkienowskiej trylogii „Władca Pierścieni” zauważył, że skały otaczające Czarny Staw Gąsienicowy wyglądają z tej perspektywy jak filmowy Helmowy Jar. Cała okolica zaczęła kojarzyć mu się, a muszę przyznać, że wcale nie przesadzał, z tolkienowskim Rohanem. Zachwycony takim krajobrazem mówił, że to najpiękniejsze miejsce jakie do tej pory w Polsce odwiedził. Szczęśliwy, że moja postkomunistyczna Polska tak bardzo przypadła do gustu komuś, kto sam pochodzi z niezwykle pięknego przecież kraju, pomyślałem, że w schronisku musimy spróbować lokalnej kuchni. Wybierając z menu kwaśnicę uważałem ją jedynie za ciekawostkę, zaskoczony byłem więc, gdy Francuz pochłonął dwa talerze zupy, warzonej na kapuście, w tempie, po którym było widać jego wojskowe pochodzenie.

Hala Gąsienicowa

Hala Gąsienicowa

Mimo, iż mój gość pragnął pozostać w górach jak najdłużej, niemożliwe było już wejście na Kasprowy Wierch, które mu się akurat zamarzyło. Postanowiliśmy udać się jedynie do „Helmowego Jaru”, tak, by przed wieczorem być już w domu. W drodze wzajemnie uczyliśmy się swoich hymnów narodowych. „Jeszcze Polska nie zginęła”, „Allons enfants de la Patrie”. Takich słów echo niosło się wśród ścian otaczających Czarny Staw Gąsienicowy, który razem z naszym nadejściem okryła mlecznobiała mgła, sprawiając, że okolica zamilkła, a wysoko w górę szedł każdy najmniejszy dźwięk.

Mistycyzm i tajemniczość miejsca, w którym się znaleźliśmy poruszała naszą wyobraźnię. Zapatrzeni w mgłę wysyłaliśmy nasze myśli wysoko nad górami, przemierzaliśmy miejsca, czasy i światy. Oczyma wyobraźni widzieliśmy rzeczy, które ulatywały mijającym nas turystom, którzy, podobnie jak wcześniej ja, zgubili ten element fantazji tkwiący w górach, a przybyli tu jedynie szukając odpoczynku od szarzyzny życia, z którą zmagają się na co dzień.

Gdy jedna mgła wpełzała między skały, od strony Hali Gąsienicowej zawsze nadciągała kolejna, małe chmurki goniące się między gałęziami kosodrzewiny. Gdy wcześniejsza była zbyt wolna, ta która przybywała później pożerała ją na naszych oczach, tworząc wielką, gęstą chmurę. Przypominało nam to o potędze żywiołów, o naszej bezsilności wobec otaczającej nas natury.

Dolina Jaworzynki

Dolina Jaworzynki

Podróż w Tatry nabrała wymiaru mistycznego. Odkryłem w Tatrach to co najważniejsze. Ich potęgę, ich tajemniczość, majestat, głębię i literackość. Czułem, że dotarłem do tego uczucia, które popychało Kasprowicza, Przerwę-Tetmajera, Pawlikowską-Jasnorzewską, Przybosia, Staffa i wszystkich wielkich polskich poetów, do pisania wierszy na temat naszych gór. Widziałem to, co widzieli oni, czułem oddech wieków, okiem inspiracji widziałem ich kroczących obok mnie, szepczących mi do ucha swoje poezje…

Wszystko co z siebie tego dnia wydobyłem zawdzięczam mojemu zagranicznego gościowi, który pozwolił mi spojrzeć na Polskę i to co w niej najpiękniejsze swoimi oczami. Zainteresowany historią Janosika pozwolił mi odczuć jego ducha i piętno gdy następnego dnia odpoczywaliśmy pod Siklawicą. Śpiewając polski hymn dał mi do zrozumienia, jak ważne dla mnie samego są Tatry. I choć sam nie mógł tego wiedzieć, wlał we mnie ogromną ilość patriotyzmu i miłości do własnej ojczyzny, za to, że pozwoliła mi być z siebie dumna, gdy mu ja przedstawiałem.

Merci.

Patryk Szymański.

Hala Gąsienicowa

Hala Gąsienicowa

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *