Nowy Jork. Jedyne prawdziwe Miasto.

Wkraczając do Nowego Jorku po raz pierwszy, wspinając się po szerokich schodach kolejowej stacji Penn Station, głowę wypełnioną miałem setkami projekcji, kolekcjonowanymi przez lata obrazami ulic, które odcisnęły na mnie znaczące piętno. „Dawno temu w Ameryce”, „Manhattan”, „25. godzina”, „Taksówkarz”. Setki filmów, seriali, piosenek i książek, które tworzą mit Miasta, Które Nigdy Nie Zasypia, jednocześnie próbowały uformować z moich myśli jeden spójny obraz tego, czego mógłbym się spodziewać. Gdy pierwszy raz postawiłem stopy na skrzyżowaniu 7th Avenue i Trzydziestej czwartej, wciągnąłem w nozdrza zapach miasta, które… było dokładnie takie jak sobie wyobrażałem.

5th Avenue

5th Avenue

CENTRAL PARK NIE CAŁKIEM CENTRAL

Stojący na skrzyżowaniu 5th Avenue i E 59th street Hotel Plaza był dla mnie punktem wyjścia dla doświadczania Central Parku. Przy jednym skrzyżowaniu miałem wszystko: hotel, w którym rezydował Kevin, zoo, słynne dzięki pingwinom z Madagaskaru, dorożki, którymi jeździ co druga zakochana para w tym mieście.

The Pond

The Pond

Spacer po krętych uliczkach Central Parku przynosi ukojenie, mieszkańcy miasta rozsiadają się na trawnikach rozmawiając, flirtując, czytając książki. The Pond pozwala w swej tafli przejrzeć się tutejszym wieżowcom. Central Park został stworzony aby w miejskim zgiełku zapracowani mieszkańcy miasta mogli znaleźć chwilę wytchnienia i aby imigranci, przybyli często z irlandzkich czy włoskich wiosek, mieli miejsce, które, choć iluzorycznie, będzie przypominać im dom. Dodatkową funkcją zielonej przestrzeni miało być utworzenie centralnego punktu miasta, które, zbudowane na planie szachownicy, do tej pory takiego nie posiadało. Centralność Parku została zawarta nawet w jego nazwie. Geograficznie się to zgadza – Central Park leży mniej więcej na środku wyspy Manhattan. Zamysł jednak nie wypalił, Central Park upadł, przemodelował się, a nocami przekształca się w jedno z najniebezpieczniejszych miejsc w mieście. Za dnia można znaleźć tu jednak spokojne chwile, wolne od dźwięku syren i klaksonów.

Jazz

Jazz

Można znaleźć też coś więcej. Przysiadłszy na ławce, by dać odpocząć nogom, wsłuchiwałem się w jazz nierytmicznie wypływający z saksofonu ulicznego, czarnoskórego muzyka, który pasją próbował zarobić kilka dolarów. Tak zaczynał Charlie Parker, tak rodzi się prawdziwa muzyka jazzowa, pełna emocji i sprzeczności, które nie mogłyby zrodzić się w bogatych willach. Czarna, brudna i seksowna powstaje właśnie na ulicy. Zawsze tam będzie jej miejsce. Muzycy jazzowi z całego świata lgną do Nowego Jorku szukając w nim właśnie tej inspiracji. Nic nie brzmi tak dobrze jak dźwięk trąbki unoszący się nad zadymionym asfaltem Harlemu, nic tak bardzo nie pobudza.

Kilka kroków dalej i znów jazz. Tym razem jest to grupa, która w parku próbuje promować swój album. Lider zespołu po wykonaniu każdego utworu przypomina gapiom, że można tu nabyć płytę, mile widziane będą też datki dla muzyków.

Widok z Belvedere

Widok z Belvedere

Pierwsze odwiedziny w Central Parku upłynęły mi pod znakiem muzyki właśnie, bo kolejnym miejscem, które chciałem odwiedzić było Strawberry Fields, mały skwer utworzony w miejscu śmierci Johnna Lennona. 120 państw przysłało sadzonki truskawek, które dziś otaczają czarno-białą mozaikę, ułożoną dokładnie w miejscu, w którym w 1980 roku zastrzelono legendarnego lidera Beatlesów.

Imagine. Miejsce to stało się celem pielgrzymek ludzi pragnących pokoju. Pokoju wynikającego z dobroci serc i dusz, nie z religii czy prawa. Możesz powiedzieć, że jestem marzycielem, ale z pewnością nie jestem jedynym. Wymowa najsłynniejszej piosenki Lennona jest tym wyraźniejsza, że jej autor zginął z powodu zwykłej, ludzkiej, bezpodstawnej nienawiści. Został postrzelony w głowę przez fana, któremu odmówił autografu.

Władysław Jagiełło

Władysław Jagiełło

Przerzucam się z muzyki na literaturę. Chcąc odwiedzić pałacyk Belvedere przechodzę przez Ogrody Shakespeare’a – kolorowy zakątek, w którym posadzono wszystkie kwiaty, jakie poeta wymienił w jakimkolwiek swoim utworze. Z tego względu coś kwitnie tu niemal o każdej porze roku. Na tarasie pałacu odbywa się właśnie plener malarski. Pasjonaci sztuki próbują na płótnie odwzorować widok rozpościerający się na północną część Central Parku. A widok ten jest urzekający – u stóp zamku zieleni się Turtle Pond, opanowane przez żółwie oczko wodne, dalej widać korony drzew północnej części parku oraz szczyty apartamentowców Upper East Side.

Omijam Turtle Pond od wschodu by odwiedzić polskiego króla – Władysława Jagiełłę. „King of Poland, Grand Duke of Lithuania”. Dumnie siedzący na koniu krzyżuje w powietrzu dwa miecze, pewnie te nagie podarowane przez Krzyżaków. Proszę parę azjatyckich turystów, by zrobili mi zdjęcie obok mojego przodka. Gdy przysiadłem na chwilę obok niego by ponapawać się poczuciem własnej ważności w tym miejscu, podszedł do mnie czarnoskóry mężczyzna wciskając mi w ręce dwie kartki papieru. „Jestem lokalnym, nowojorskim poetą” mówi „za 2 dolary sprzedam ci moją twórczość”, którą to wcześniej bezpardonowo wepchnął mi w dłonie. Uśmiecham się do niego i oznajmiam, że niestety nie mam żadnej gotówki. Poeta przysiada się jednak do mnie i zaczyna pytać o podziwiany pomnik. Wspomina, że kręci się tu dużo Polaków. „Napisz wiersz o tym królu”, podpowiadam, „może uda ci się go sprzedać Polakom”. Mimo, że całe zajście przebiegło bardzo sympatycznie nachodzą mnie dwie refleksje. Po pierwsze za bardzo wyglądam na turystę, skoro taki tani naciągacz tak łatwo mnie wypatrzył. Po drugie – zaskoczyła mnie ewolucja ulicznych zaczepiaczy. Tutaj „panie kierowniku, poratujesz papieroskiem” zmieniło się w „jestem nowojorskim poetą”. Lokalni ulicznicy odkryli potencjał swojego miasta, próbując naciągać naiwnych nieraz turystów na sztukę pochodzącą z kulturowego centrum świata. Po powrocie do kraju można oznajmić: „Spójrzcie! Jestem posiadaczem żywej, nowojorskiej sztuki”. Lepiej jednak kupić obrazek ulicznego malarza, bo chociaż jego jakość również może pozostawiać wiele do życzenia, to przynajmniej ma się pewność, że nikt nie nadużył naszego zaufania.

The Lake

The Lake

Niedaleko polskiego pomnika znajduje się egipski obelisk. Miasto Nowy Jork sprowadziło monument z północnej Afryki aby uczynić okolicę bardziej… europejską. Nowy Jork w czasie gdy był miastem rozwijającym się próbował upodobnić się do europejskich metropolii takich jak Londyn, Paryż czy Rzym. Amerykańskie miasta na początku XX wieku nie miały jeszcze tej renomy, którą mają dzisiaj i musiały sobie na nią zapracować. Próby tej europeizacji widać głównie w architekturze miasta – wiele jego budynków stara się przypominać słynne odpowiedniki europejskie. Amerykańscy architekci mocno inspirowali się architekturą starego kontynentu, z czasem dopiero wypracowując sobie swój własny, amerykański styl.

Central Park jest miejscem, w którym nowojorczycy szukają spokojnego wypoczynku, kilku chwil na słońcu leżąc w objęciach The Meadow, romantycznego relaksu wynajmując łódkę na The Lake. Dodatkowo na wschodnim krańcu parku znajduje się Mila Muzeów, na zachodnim zaś potężne Museum of Natural History. Słynny park jest miejscem, które odkrywać można przez kilka dni, a i tak nie zobaczy się wszystkiego.

Manhattan Bridge

Manhattan Bridge

BROOKLYN I DUMBO ARTS FESTIVAL

Zapuszczać się samemu głęboko w Brooklyn nie jest zbyt rozsądnym pomysłem ale nie wyobrażałem sobie, że nie odwiedzę dzielnicy po drugiej stronie słynnego mostu. Holenderskie kamieniczki tak często oglądane w nowojorskich filmach, dzielnica, z której pochodzą Woody Allen i Spike Lee – to zbyt wiele pozytywnych emocji bym mógł je sobie odpuścić. Dla mieszkańców największego dystryktu Nowego Jorku, Manhattan mentalnie znajduje się w takiej samej odległości od Brooklynu, co od Warszawy. Dzielnicę wieżowców można podziwiać przez rzekę, można spędzić tam weekend, ale zamieszkanie pośród biurowców wydaje się być nieosiągalne. Woody Allen w swojej biografii Manhattan nazywał „innym światem po drugiej stronie rzeki”.

Dumbo Arts Festival

Dumbo Arts Festival

Brooklyn niegdyś był osobnym miastem, co widać w jego zabudowie. Posiada własny Ratusz oraz budynki administracyjne. Nawet dziś znajdą się lokalni patrioci, którzy dążą do odłączenia dzielnicy od Nowego Jorku, by móc rządzić się własnymi prawami. Spacerując uliczkami Brooklyn Heights zanurzam się pomiędzy urocze ceglane kamienice. Docieram na Promenadę (The Promenade) skąd można podziwiać wspaniałą panoramę dolnego Manhattanu czyli tzw. Manhattan Skyline.

Dumbo to bardzo niewielka, trójkątna dzielnica pomiędzy Brooklyn i Manhattan Bridge. Układ mostów odciął kilka budynków tej części Brooklynu przez co powstała dość zamknięta przestrzeń, której mieszkańcy szybko zaznaczyli swoją odrębność.

Most Brooklyński

Most Brooklyński

Dumbo Arts Festival to festiwal młodych artystów odbywający się w drugiej połowie września. Założeniem wydarzenia jest podarować młodym twórcom miejsce, czas i sposobność by zaprezentowali oni swoją kreatywną działalność. Trójkątna dzielnica na kilka dni zmienia się w przestrzeń teatralno-muzealną. Koncerty, występy, performance, instalacje, fotografia, sztuka, którą zaszufladkować można jako tą, której nie da się zaszufladkować. Swoją przestrzeń dostają tu dzieci, które mogą brać udział w warsztatach pobudzających kreatywną część ich duszy.

Nowoczesna sztuka zachwyca przede wszystkim pomysłowością. Garaże robotnicze jako przestrzeń wystawowa, „ubrane” kamienie, trójwymiarowy street art. Jeden z budynków oklejony był  wielkoformatowymi zdjęciami artystów, którzy wystawiali swoje prace podczas festiwalu.

NYPD

NYPD

Na Brooklynie dane mi było doświadczyć różnorodności Nowego Jorku, jego mozaikowości. Wszedłem w krótką uliczkę, która przyciągnęła mnie ogromnym muralem na ścianie jednej z kamienic. U wejścia wciąż trwał festiwal, muzycy krzątali się wokoło sceny, uliczni artyści próbowali zarobić na swojej sztuce. W głębi uliczki natknąłem się na hummera przerobionego na białą, weselną limuzynę. Ze środka wyszła spora grupa druhen z partnerami. Okazało się, że to polskie wesele, a zaparkowali tu by zrobić sobie zdjęcia ze wspomnianym muralem. U wylotu dwustumetrowej uliczki trafiłem na tybetański kiermasz. Buddyjscy mnisi sprzedawali przedmioty wytwarzane przez dzieci w Tybecie i zbierali w ten sposób datki na rzecz swojego, nieistniejącego na mapach państwa.

Brooklyn

Brooklyn

Na długości kilkuset metrów natknąłem się na kilka narodowości, kilka kręgów kulturowych, reprezentantów kilku wyznań. To kwintesencja Nowego Jorku – jego wielokulturowość tworzy jego duszę. Antropolodzy ukuli nawet hasło multikulturowości, zjawiska, które miało powstać na gruncie Nowego Jorku właśnie. Przedstawiciele różnych społeczeństw mieli wymieszać się ze sobą do tego stopnia, że nie możliwe byłoby rozróżnienie Włocha od Irlandczyka czy Żyda. Miasto miało się homogenizować. Historia pokazała jednak, że różnice między ludźmi zakreślone są zbyt mocno. Dzielnice wyraźnie podzieliły się, i tak np. Bensonhurst należy do Włochów, Chelsea jest okolicą zamieszkaną przez mniejszość homoseksualną, nie trzeba tłumaczyć kto dominuje w  Chinatown. Mieszanina kulturowa zwarła społeczności ze sobą, jednak tolerancja istniejąca w taki sposób jest pozorna. Rasowe, kulturowe i wyznaniowe różnice w swoich filmach idealnie opisuje Spike Lee, oskarżany nieraz o rasizm wobec białych. Stereotypy w jego filmach zawsze jednak poparte są dużą dawką prawdy.

Tybetański kiermasz

Tybetański kiermasz

Stany Zjednoczone powstały jako państwo budowane przez imigrantów, jednak dziś migracji z XVIII i do połowy XIX wieku nie traktuje się jako imigracji właśnie lecz jako okres kolonizowania kontynentu. Pierwsze ruchy imigracyjne zaczęły się w połowie XIX stulecia. Większość przybyszów tego okresu to mieszkańcy Niemiec, Wielkiej Brytanii oraz Irlandii, w późniejszych dekadach do Ameryki zaczęli napływać rosyjscy Żydzi uciekający z kraju przed prześladowaniem, Włosi z południa swojego kraju szukający lepszego bytu oraz mieszkańcy Europy Wschodniej będącej wówczas pod panowaniem obcych mocarstw. Każdy naród przywiózł ze sobą swoje wady i zalety, każdy nakreślił pewien stereotyp i tak Irlandczycy to pijacy, Żydzi są skąpi, Włosi brutalni. Polacy postrzegani są przez Amerykanów najogólniej jako… posiadacze niskiego IQ.

Freedom Tower

Freedom Tower

9/11

Dane mi było przebywać w Nowym Jorku we wrześniu, dzięki czemu byłem świadkiem obchodów dziesiątej rocznicy zamachów z 11 września 2001 roku. W dzień rocznicy widziałem słynne Słupy Światła, czyli luminescencje w miejscu dwóch zniszczonych budynków. Lampy tworzą złudzenie drapaczy chmur, a oglądając je ma się wrażenie obcowania z duchami budowli, które tak mocno odcisnęły się  w świadomości Amerykanów.

Brooklyn Bridge i Dolny Manhattan

Brooklyn Bridge i Dolny Manhattan

Cały wrzesień w Nowym Jorku poświęcony był zamachom. Muzea organizowały  wystawy prac związanych z 9/11. Bardzo wzruszające były rysunki dzieci, ilustracje przedstawiające tatę-strażaka walczącego z ogniem trawiącym wieżowce. W domyśle pozostawiano fakt, że dziecko namalowało swojego nieżyjącego już ojca-bohatera.

Chodząc ulicami miasta odwiedzam kilka niewielkich galeryjek, w których artyści prezentują swoje interpretacje tragedii. Największe wrażenie zrobił na mnie „malunek” – wypalona bezpośrednio na ścianie galerii wizja dwóch wieżowców, u stóp której leżał gruz, prawdziwe resztki zniszczonych budynków.

Dzień przed jedenastym w każdym wydaniu wiadomości huczy od informacji na temat gróźb al-kaidy. Organizacja terrorystyczna planuje zamach w dniu dziesiątej rocznicy. Zagrożenie jest realne dlatego prezydent Obama oraz inni oficjele apelują o pozostanie tego dnia w domach. Przychylam się do tej prośby, pierwszy raz w życiu czując, że terroryzm nie jest jedynie hasłem z telewizji, a problemem, który dotyczy prawdziwych, żywych ludzi.

Festyn

Festyn

Odwiedzam St. Paul’s Church, który podczas zamachów stał się bazą dla służb miejskich. Strudzeni strażacy i policjanci szukali tutaj azylu, księża serwowali zupę, ławy kościoła były jedynym miejscem, gdzie można było wyciszyć się i odpocząć.

Odwiedzenie placu, w którym stały wieżowce okazuje się niemożliwe. Po obchodach rocznicowych został on odgrodzony i zamknięty, na dodatek organizowany jest akurat Maraton Nowojorski mający upamiętnić wydarzenia sprzed lat, więc cały Lower Manhattan został na ten okres przeorganizowany – nawet pieszo nie da się wszędzie dostać. Obok kościółka św. Pawła otwarto natomiast punkt informacyjny, minimuzeum, w którym można dostać pamflet z planem obchodów, obejrzeć kilka wystaw, np. miniaturę Statuy Wolności obklejoną odznakami i naszywkami poległych strażaków, kupić pamiątkowy kubek czy długopis.

Spoglądając na twarze Amerykanów da się zauważyć powagę z jaką podchodzą do tematu. Amerykanin nie pozwoli zażartować z tej tragedii. Ponad 3 tysiące ofiar, trafione serce miasta, zniszczony symbol siły amerykańskiej gospodarki. Terroryści poszli o krok za daleko. Naród, który ukochał wolność, który swoją wielkość zbudował na tolerancji i różnorodności nie zapomni ataku przepełnionego nienawiścią. Wydarzenia 9/11 to nie atak ze względu na wojnę terytorialną, nie chodziło tu o wpływy polityczne, ekonomiczne czy gospodarcze. Al-Kaida zaatakowała ze zwykłej nienawiści. Amerykanin tego nigdy nie wybaczy.

Nowy budynek powstający w miejsce całego kompleksu WTC – One World Trade Center, ma być symbolem niezłomności narodu amerykańskiego. Mierzyc ma 1776 stóp, co symbolizuje datę ogłoszenia przez Stany Zjednoczone niepodległości.

Na południowym przylądku Manhattanu natrafiam na jeszcze jeden ślad tragedii – rzeźbę przedstawiającą pęknięty, osmolony ogniem glob. Rzeźba stworzona jest z resztek fontanny stojącej niegdyś na terenie WTC.

8 Spruce Street

8 Spruce Street

 LOWER MANHATTAN

Dolna część Manhattanu to nie tylko World Trade Center. To przede wszystkim finansowe centrum świata. Szkło i stal. Najwyższe wieżowce, szklane biurowce Nowego Jorku stoją właśnie tutaj. Tutaj także odnaleźć można korzenie miasta.

Skrzyżowanie Broadway i Wall Street

Skrzyżowanie Broadway i Wall Street

Nowy Jork powstał na ziemiach należących do Indian. Holendrzy prawo do zasiedlenia otrzymali za paciorki i błyskotki warte około 60 guldenów. Wyspę Manhattan wykupiono od miejscowych za 24 dolary. Dzisiejszy Broadway istnieje na dawnym szlaku indiańskim łączącym ówczesne osady. Pod panowaniem Anglików Nowy Jork rozkwitł, stał się drugą pod względem wielkości osadą w 13 angielskich koloniach i w 1683 uzyskał prawa miejskie. W 1711 przy Wall Street powstał targ niewolników. W 1754 wybucha wojna między Anglikami a Francuzami i Indianami, która kończy się po dziewięciu latach – w jej efekcie Anglicy uzyskują kontrolę nad całą Ameryką Północną. W 1774 wybucha kolejny protest przeciwko podatkom – rebelianci topią w porcie nowojorskim ładunek herbaty. Bojkot nasila się, by wreszcie w 1776 doprowadzić do wojny niepodległościowej. Siedem lat później Anglicy opuszczają miasto, a Stany Zjednoczone stają się niezależnym państwem.

Metropolia powstała najpierw na południu wyspy, z czasem dopiero poprowadziła ekspansję na całą okolicę wcielając Brooklyn i tworząc 3 pozostałe dzielnice. Nowy Jork to przede wszystkim pięć dystryktów: Manhattan, Brooklyn, Bronx, Queens oraz Staten Island, jednak dziś do aglomeracji nowojorskiej wlicza się także Jersey City wraz z okolicznymi miasteczkami oraz całe Long Island. W ten sposób szacuje się, że Nowy Jork zamieszkany jest przez 20 milionów ludzi. Krocząc ulicami Dolnego Manhattanu można natknąć się na kilka pubów, które reklamują się jako najstarsze w mieście. Ich wystrój nawiązuje do początków miasta – są to irlandzkie tawerny portowe.

Irlandia w Nowym Jorku

Irlandia w Nowym Jorku

Mijam Kościół Trójcy, na cmentarzu którego podobno straszy – nocą słychać tutaj głośny śmiech dochodzący spod jednego z nagrobków. Tuż przy świątyni mieści się skrzyżowanie dwóch prawdopodobnie najsłynniejszych ulic na świecie – Broadway’u i Wall Street. Finansowe centrum świata zaczynam od podziwiania Giełdy Nowojorskiej. Jako budynek zagrożony zamachami terrorystycznymi oddzielony jest od turystów siatką. W fasadzie budynku wyrzeźbiona jest personifikacja gospodarki – kobiety, u boków której uwijają się rolnicy i handlarze, a więc reprezentanci głównych źródeł jej istnienia. Przy budynku posadzone zostało niewielkie drzewko, łatwo je przeoczyć, a jednak warto na nie zwrócić uwagę. Symbolizuje ono ogromne drzewo, które stało tu u zarania dziejów miasta – zbierali się pod nim przedsiębiorcy-koloniści, którzy z czasem stwierdzili, że będą dążyć, aby miejsce ich spotkań stało się finansowym centrum świata. Obecna panorama Dolnego Manhattanu podpowiada czy im się to udało.

Elegancja tej okolicy wyczuwalna jest nawet w tutejszym McDonalds. Klasyczny, sieciowy wystrój restauracji poprawiony jest wysokim podwyższeniem (na ok. 4 metry), na które da się dostać jedynie po drabince linowej. Na owym podwyższeniu stoi fortepian, na którym gra elegancko ubrany muzyk. BigMac dzięki temu smakuje naprawdę wyjątkowo.

Szkło i stal

Szkło i stal

Obok Giełdy stoi Federal Hall, a przed nim pomnik Jerzego Waszyngtona. To właśnie tutaj, w czasie gdy Nowy Jork był stolicą USA, zaprzysiężono go na pierwszego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Kilka kroków dalej trafiam na budynek zasłonięty rusztowaniami, znad których skromnie wystaje napis Tiffany & Co. „Śniadanie u Tiffany’ego” z najgłośniejszą rolą Audrey Hepburn nie zaczyna się jednak tutaj. A wbrew temu co można sądzić po tytule, Tiffany to nie restauracja ale sklep z diamentami. Tytuł filmu odnosi się właśnie do pierwszej sceny, w której zniewalająco piękna Hepburn pijąc kawę z kubka i zagryzając ją bułką (śniadanie) staje przed witryną jubilera (Tiffany) i z rozmarzeniem spogląda na świecące kamienie.

Pomiędzy szklanymi wieżowcami zachowano kilka starych kamieniczek lub dawnych magazynów dziś przerobionych na mieszkania, sklepy czy restauracje. Klasycznego, irlandzkiego Guinessa można napić się w jednej z licznych w tej okolicy knajp. Ja wybrałem The Dubliner, nazwa lokalu obrazuje jak Nowemu Jorkowi bliska jest szmaragdowa wyspa – to właśnie Irlandczycy budowali to miasto, w pewnym okresie stanowiąc najliczniejszą mniejszość narodową. Dzień Świętego Patryka i związana z nim parada do dzisiaj są jednymi z najważniejszych wydarzeń w kalendarzu miasta. „Life is too short not to be Irish”.

Supreme Court

Supreme Court

Spacerując po okolicy natrafiam na mały, obudowany czarnym marmurem, skwerek wyposażony w fontannę. Udaje mi się dowiedzieć, że jest to pomnik powstały w miejscu, gdzie odkopano zwłoki ponad 400 czarnoskórych mężczyzn, kobiet i dzieci. Niewolnictwo to najczarniejsza karta w historii miasta. Chociaż Nowy Jork zakazał handlu ludźmi dość wcześnie, to jednak przecież w nim uczestniczył. Czarnoskórych traktowano tu nie lepiej niż indyjską herbatę czy europejskie skóry – byli towarem podlegającym wymianie. African Burial Ground jest pamiątką okrucieństwa białych.

Niedaleko stąd znajduje się New York Supreme Court. Nie jest to główny sąd nowojorski ale z pewnością najbardziej znany. Tutaj dzieje się akcja wielu słynnych filmów. Al Pacino kroczył schodami tego sądu w „Ojcu Chrzestnym”, tutaj finał ma niejedna sprawa tocząca się w serialu „Law and Order”. Filmów z charakterystycznym sądem w tle można wymienić jeszcze mnóstwo.

Zwiedzając okolicę obowiązkowym punktem jest rzeźba słynnego byka, który symbolizuje dynamikę giełdy nowojorskiej. Niedaleko niego znajduje się Muzeum Amerykańskich Indian. Fasada budynku ozdobiona jest czterema posągami kobiet, które symbolizują kontynenty – dynamiczna, spoglądająca w przyszłość Ameryka, spokojna, stonowana i odchodząca już w przeszłość Europa, dzika, naga Afryka oraz pogrążona w medytacjach Azja. Nie wnikam czemu twórca pominął Amerykę południową oraz Australię.

Wystawy wewnątrz muzeum robią ogromne wrażenie na człowieku wychowanym na westernach z Johnem Waynem i Clintem Eastwoodem. Dziedzictwo rdzennych mieszkańców Ameryki pokazuje jak bardzo odsunęliśmy się od natury. Oglądam lalki wykonywane przez przedstawicieli różnych plemion, dowiaduję się na jakiej zasadzie buduje się tipi, podziwiam wystawy fotografii oraz pierwsze filmy rejestrujące życie Indian pod koniec XIX wieku.

Kawiarnie Little Italy

Kawiarnie Little Italy

LOWER EAST SIDE, CHINATOWN, LITTLE ITALY

Lower East Side to okolica zamieszkana przez mniejszość żydowską. Kilka ostatnich lat wyraźnie jednak zmieniło krajobraz tej dzielnicy. Azjaci prowadzą super szybką ekspansję w głąb miasta. Chinatown zaczyna wrzynać się w Lower East Side i otacza całe Little Italy sprawiając, że dawny włoski dystrykt to dziś tylko jedna ulica.

Lower East Side. W tle widoczna Synagoga

Lower East Side. W tle widoczna Synagoga

Przewodnik z 2009 roku opisuje Lower East Side jako dzielnicę pełną żydowskich sklepów, godnych odwiedzenia synagog czy wciąż prosperujących banków. Odwiedzając miasto w 2011 sklepy są tu niemal wyłącznie azjatyckie, banki wykupione i przekształcone w biurowce chińskich firm, synagogi zamknięte, a na drzwiach każdej z nich wisi kartka oznajmiająca, że świątynia jest otwarta zaledwie raz w tygodniu i to przez kilka godzin. Żydowskie korzenie miasta niemal zamazały się w tym miejscu, mniejszość przeniosła się gdzie indziej, biedniejszą okolice oddając narodom, które dopiero zaczynają swoją ekspansję na Zachód.

Odwiedzając Little Italy trafiam na ostatni dzień festiwalu San Gennaro, najważniejszego święta włoskiej mniejszości. Festiwal św. Januarego jest tym dla Włochów, czym Dzień św. Patryka dla Irlandczyków. Przez dzielnice przechodzi parada, na ciągniętych przez samochody platformach kolejno przewijają się: figura świętego Januarego, włoskie miss dzielnicy, lokalni politycy pozdrawiający przechodniów typowym dla nich machnięciem ręki.

Festiwal Świętego Januarego

Festiwal Świętego Januarego

Festiwal pojawia się w scenie otwierającej film „Ulice nędzy” Martina Scorsese, debiutanckim obrazie  pochodzącego właśnie stąd amerykańsko-włoskiego reżysera. Scena ta przedstawia również Harvey’ego Keitel’a modlącego się w Katedrze Świętego Patryka. Odwiedzając ją dowiaduję się, że w mieście są dwie świątynie pod wezwaniem mojego imiennika. Jedna znajduje się właśnie tu, w Little Italy, lecz jest jedynie cieniem tego, czym była dawniej. A założona została przez przybyłych do miasta Irlandczyków i szybko stała się ostoją katolików zarówno irlandzkich jak i włoskich, którzy starali oddzielić się od mieszkającej niedaleko mniejszości żydowskiej.

Little Italy dziś to okolica pełna wytrawnych włoskich restauracji oraz eleganckich sklepów z garniturami. Postępująca komercjalizacja zabiła nieco ducha tej dzielnicy i choć przewodniki wyraźnie wskazują, w których budynkach jeszcze do niedawna siedzibę miała mafia, gdzie jaki gangster został postrzelony, to jednak wiem, że dziś są to jedynie echa tego, co działo się tu naprawdę. W kolorowych witrynach kawiarenek nie widzę tego co chciał pokazać Scorsese w „Ulicach nędzy”, gdzieniegdzie powiewają flagi Unii Europejskiej, w czym można wyczytać, że tutejsi Włosi nieco odwracają się od swojej amerykańskiej historii i spoglądają raczej w stronę Sterego Kontynentu.

Chinatown

Chinatown

Chinatown bardziej zasługuje na miano Asiatown. Chińczycy są nacją wciąż dominującą, jednak okolica zamieszkana jest również przez Wietnamczyków, Koreańczyków, Tajwańczyków, Indonezyjczyków i przedstawicieli jeszcze kilku innych wschodnioazjatyckich państw. Każdemu, kto planuje zakupienie pamiątek doradzam właśnie tę dzielnicę. Wszystkie rzeczy, czy to na Broadwayu czy pod Central Parkiem, wykonane są w Chinach, tutaj przynajmniej ich cena jest rozsądna, a z Azjatą można dodatkowo coś wynegocjować. Polecić można również restauracje – tutaj wiele z nich jest prywatnych, nie sieciowych, przez co można zaznać kontaktu z prawdziwą chińską, czy w ogóle orientalną, kuchnią. Z torbą pełną kolorowych pocztówek, koszulek „I Love NY” oraz kilku innych ciekawych drobiazgów wyruszam by odwiedzić jedno z najistotniejszych dla mnie miejsc w mieście – Five Points.

Columbus Park przy Five Points

Columbus Park przy Five Points

Jednak wizyta w tym miejscu wprawia mnie w niemały szok. Five Points to miejsce akcji filmu „Gangi Nowego Jorku”, a tym, którzy tego nie wiedzą podpowiem, że film oparty jest na książce, a ta z kolei na prawdziwych wydarzeniach. Five Points to skrzyżowanie trzech ulicy (five oznacza ilość rogów), które było polem otwierającej film bitwy. To właśnie tutaj poległ Priest grany przez Liama Neesona, to tutaj zemsty po nim szukał, grany przez Leonardo DiCaprio, Amsterdam. Miejsce bitew pomiędzy nowojorskimi nacjonalistami, a zjednoczonymi pod egidą Irlandczyków imigrantami (a byli wśród nich także Polacy!)  dziś jest absolutnie zdominowane przez Chińczyków. Plac, dawniej targowy, jest dziś parkiem, w którym tutejsi Azjaci szukają wyciszenia, grając w chińskie szachy, słuchając dźwięków erhu i podziwiając kolorowe ptaki, które sami przynoszą w zdobionych klatkach. Imigranci wygrali, o nacjonalistach nikt tu raczej nie słyszał, a o krwawych bitwach pewnie nikt nie pamięta. Kamienne stoły, na których w Polsce zwykle wygrawerowana jest tablica do gry w szachy, tutaj przygotowane są do rozgrywki w tryktrak (znany też jako backgammon). Spokojni chińscy staruszkowie przyjaźnie uśmiechają się do turystów, choć można wyczuć, że miejscowi chcą mieć tu święty spokój, a nie być obiektem zdjęć, domorosłych najczęściej, artystów.

Mahayana Temple

Mahayana Temple

W chińskiej dzielnicy odwiedzam jeszcze imponującą świątynię buddyjską. Nieobeznany z azjatycką religią niepewnie otwieram drzwi przybytku. W środku uderza mnie zapach kadzideł, w uszach pobrzmiewa orientalna, relaksująca muzyka. Podpalam jedno kadzidełko i przysiadam na ławce obok ubranego na pomarańczowo mnicha, ten uśmiecha się do mnie przyjaźnie i pogrąża w lekturze książki. Nie chcąc nadużywać gościny buddystów po kilku chwilach opuszczam wnętrze budynku, czego później żałuję, bo w środku akurat odbywał się ślub. Mogłem podejść bliżej, zrobić kilka zdjęć, nawet złożyć życzenia. Religia przyjaźni z pewnością nie obeszłaby się ze mną tak jak gdybym odwiedzał synagogę, meczet czy kościół katolicki nie znając danego obrządku. Tutaj w powietrzu dało się wyczuć, że jest się gościem mile widzianym niezależnie od wyznawanych poglądów.

Dla kontrastu ze świątyni idę wprost do McDonald’s. I tu kolejne zaskoczenie. Wystrój restauracji fast-food jest całkowicie azjatycki, znad lady zwisają pomarańczowe lampiony, z głośników słychać chińską muzykę ludową. Przez chwilę zastanawiam się, czy hamburgery nie będą tutaj z ryżem, menu jednak okazuje się dokładnie takie samo jak wszędzie indziej.

The Village

The Village

BUNTOWNICY, GEJE I ŁOWCY DUCHÓW

Co druga dzielnica w Nowym Jorku określana jest mianem „dzielnicy artystów”. Za każdym razem oznacza to jednak coś innego – jedna okolica zamieszkana jest przez artystów, inna to miejsce ich pracy, jeszcze inna to siedziba najważniejszych instytucji kultury.

SoHo. Okna w tle są namalowane

SoHo. Okna w tle są namalowane

SoHo słynie z designerów, projektantów wnętrz i mody. Odwiedzając te okolicę da się wyczuć jej klasę i elegancję – budynki nie są oblepione reklamami ani szyldami, w oknach można czasem zauważyć jakieś dzieło sztuki, gdzieniegdzie natrafiam na sztukę uliczną, nie jednak typowy street art, a raczej ciekawe uliczne instalacje typu „pływające metro”.

Spacerując Green Street mijam budynek o pozłacanych fasadach, nazywany tutaj „królem Green Street”. Jeśli architektura jest w stanie wytworzyć arcydzieło to jest nim właśnie ta żeliwna budowla. Co ciekawe w XIX wieku mieścił się tu najlepszy w mieście dom publiczny.

W tej okolicy odwiedzam jeszcze jedno niezwykle ważne miejsce – wybudowaną w 1912 roku, powstałą w wyniku miejskiego planu przebudowy budynków użyteczności publicznej, remizę strażacką. Najważniejszym punktem w historii budowli jest jednak fakt, że była ona siedzibą Pogromców Duchów. Doktorzy Venkman, Stantz i Spengler oddziaływali na mnie całe moje dzieciństwo, a sceny z wezwaniem piankowego marynarzyka czy Louisem Tully pytającym konia z Central Parku czy ten jest Klucznikiem, zapadły mi w pamięć tak głęboko, że wiele lat po obejrzeniu filmu jestem w stanie je powtórzyć. Tak właśnie Nowy Jork buduje swój mit – osadza się w młodych umysłach, które w drodze do dorosłości marzą o tym mieście nieustannie.

Akademik przy Washington Square

Akademik przy Washington Square

W drodze do Greenwich Village przechodzę przez Washington Square Park. Niegdyś była to najwytworniejsza okolica Nowego Jorku, zamieszkana przez tutejszą arystokrację. Dzisiaj całkowicie zdominowali ją studenci. Kamienice dawniej zamieszkane przez nowojorską elitę dziś okupowane są przez żaków. Park jest kompletnie przeludniony, wszystkie trawniki i klomby zajęte są przez dyskutujących ze sobą studentów. Tu i ówdzie kilku z nich przyniosło ze sobą instrumenty i publicznie prezentuje swoje muzyczne umiejętności, inni popisują się zdolnościami jazdy na deskorolkach. W tym miejscu da się wyczuć studencką atmosferę. Jestem otoczony ludźmi, którzy mają bardzo luźne podejście do życia, jednocześnie zdają sobie sprawę ze swojej siły, płynącej z ich młodości i ambicji. Od polskich studentów różnią się głównie tym, że wiedzą, że to właśnie oni będą rządzić światem. U nas młodzież jest przyszłością narodu, w Stanach – przyszłością świata.

Przebywając w Nowym Jorku, kilkakrotnie jestem świadkiem zajść, które potwierdzają tę tezę. Krążąc wciąż w okolicach Broadwayu obserwuję wydarzenie, które niebawem miało wstrząsnąć całym światem – okupację Wall Street. Rzesze młodych ludzi wyszły na ulicę krzycząc „Wall Street! Our Street!”, moi znajomi Amerykanie również przyłączali się do ruchu. W oczach protestujących widać było, że nie robią tego na pokaz. Robili to naprawdę. Chcieli zmienić nie tylko własny kraj, ale cały świat.

Greenwich Village

Greenwich Village

Dumny, że sam byłem kiedyś studentem opuszczam Washington Square Park i zmierzam w stronę Greenwich Village – spokojniejszej strony miasta. Przemierzam zalesione uliczki, pełne klimatycznych małych kawiarenek, czasem mijam mały teatr czy prywatną galerię ukryte między czerwonymi kamienicami, schowane od zgiełku wielkiego miasta.

Na granicy Greenwich i Chelsea przysiadam w małej knajpce i raczę się piwem z domieszką szampana. Barman, gdy dowiedział się, że jestem w podróży, zaczął z zainteresowaniem dopytywać mnie o szczegóły. Po krótkiej i sympatycznej rozmowie zmierzam w kolejne, kultowe dla mnie, miejsce. Ostrożnie podchodzę pod okna małego szeregowca, który powstał jako coś w rodzaju hotelu robotniczego. Surowa architektura miejsca odpowiadała jednak samemu Marlonowi Brando! To właśnie tutaj (choć nie jest to jedyne miejsce) pomieszkiwał jeden z niewielu aktorów, których osobiście uznaję za mistrzów. „I could have been a contender!”, „Stella!”, „I’ll make you an offer you can’t refuse”. „Ojciec chrzestny”, „Tramwaj zwany pożądaniem”, „Na nabrzeżach”, „Ostatnie tango w Paryżu”, „Czas apokalipsy” – filmy, które stały się arcydziełami, właśnie za sprawą Brando. Hołd złożony przeze mnie aktorowi, który zmienił oblicze kina pozwala mi spokojniej kroczyć dalej i pewniej zanurzać się w filmowej historii miasta.

Christopher Park

Christopher Park

Greenwich na przełomie lat 60. i 70. przyciągało młodzież o poglądach antywojennych, wszystkich buntowników, którzy chcieli walczyć z systemem. Wiele z tych osób działało w organizacjach feministycznych, antyrasistowskich i gejowskich. 27 czerwca 1969 roku w Nowym Jorku odbył się pogrzeb Judy Garland, która była działaczką na rzecz praw mniejszości homoseksualnej. Gdy w tym samym dniu policja zorganizowała nalot na Stonewall Inn, najsłynniejszy wówczas klub gejowski – rozpoczęły się słynne zamieszki, które wywołały lawinę kolejnych wydarzeń.

W czasie nalotu pod klubem zebrała się grupa około 200 osób, zamieszki trwały przez dwa dni i zapisały się jako pierwszy zorganizowany ruch mniejszości seksualnej. Był on przyczynkiem do praw, które homoseksualistom udało się wywalczyć do dziś. Zamieszki na Greenwich stały się bodźcem, który uruchomił lawinę działań – w ciągu kilku następnych dni powstały gejowskie organizacje, organizowano pierwsze wiece.

10th Street

10th Street

Obecnie mniejszość gejowska zamieszkuje głównie niedaleką Chelsea, gdzie na wielu balkonach czy w licznych oknach dostrzec można wywieszone tęczowe flagi, będące symbolem ruchu gejowskiego. Dziś dzień 27 czerwca nazywany jest Christopher Street Day i celebrowany jest w wielu państwach na świecie.

Dzisiaj ostoją przemijających subkultur jest 10th Street przy St. Mark’s place. Ulica pełna jest stoisk z chustkami, skórzanymi kurtkami, naszywkami. Pomiędzy sklepami widać kluby, studia tatuażu. Na krawężnikach siedzą punki, spode łba spoglądające na wszystkich turystów winnych przekształcaniu się krajobrazu okolicy.

Problemem dla miejscowych stało się, że jeden z budynków został wykupiony przez sklep sieciowy i zaczął przyciągać element do tej pory niemile widziany w tym rejonie – ludzi modnych. Budynki, w których urzędowały takie postacie  jak Andy Warhol, zaczynają wykupować ludzie, dla których mieszkanie w tej okolicy stało się po prostu modne.

Hell's Angels

Hell’s Angels

W restauracji 2 Bros Pizza za 2,5 dolara zamawiam porcję pizzy i Dr. Peppera. Jedząc podziwiam życie dzielnicy. Bezrobotni, być może nawet i bezdomni, hippisi i punki oblegają wszystkie schodki i krawężniki. Im robi się później, tym bardziej są pijani. 10th street, choć żyje pełnią życia, jest dziś skansenem subkultur, których czas minął. Ruch hipisowski miał sens w latach 70., punkowy w 80. Choć sami z pewnością nigdy tego nie przyznają, ci ludzie są melodią przeszłości, ich czasy już się skończyły, a kontrkulturą rządzą inni, młodsi.

Niedaleko stąd, na 3rd street, mieści się nowojorska siedziba Hell’s Angels. Przed wejściem stoi kilka harley-davidsonów, przewodniki nieśmiało wspominają o tym miejscu, zaznaczając, że nie jest zbyt bezpieczne i lepiej omijać je z daleka. Pokusiłem się jednak o kilka zdjęć, choć wiedziałem, że na ulicy przed tym budynkiem doszło do kilku tajemniczych morderstw, które nigdy nie zostały wyjaśnione.

W Nowym Jorku da się wyczuć, że jego mieszkańcy zdają sobie sprawę ze swojej pozycji w świecie. To oni kreują rzeczywistość w całym Zachodnim świecie. Buntownicy każdego możliwego rodzaju, chodzący po tych ulicach, nie przebierają się za alternatywę. Oni naprawdę nią są. Nie podążają za modą ale sami ją kreują. Nowojorczycy nie mają wzorców, z których mogliby czerpać, walka o Wall Street była spontanicznym ruchem ludzi, którzy wiedzieli, że są w stanie zmienić świat.

Brooklyński artysta

Brooklyński artysta

Po kilku dniach chodzenia (starałem się unikać taksówek i metra, by jak najlepiej poznać ulice Nowego Jorku) po tak ogromnym mieście, mięśnie nóg zaczynają się buntować. Wieczorem dostaję gorączki i postanawiam wcześniej wrócić do siebie, co oznacza kilkudziesięciominutową podróż pociągiem. Pech jednak nawarstwia się. Na Penn Station okazuje się, że wszystkie pociągi jadące w „moim” kierunku mają opóźnienie. Trawiony coraz większą gorączką muszę przeczekiwać na podłodze dworca kilka dobrych godzin, gdzie raz po raz zapadam w krótkie drzemki. Nie mogę oddalić się od peronu, bo w każdej chwili może dotrzeć wiadomość, że podstawiony został właściwy pociąg. I wreszcie. Chętnych jednak zebrało się przez te kilka godzin co najmniej kilkaset osób – każdy po pracy chce wrócić do domu. Aby zwiększyć przepustowość dworca, pociąg nie zatrzymuje się na wszystkich stacjach, a na tych, na których to robi, otwiera drzwi tylko w dwóch końcowych wagonach. Wewnątrz pociągu spędzam kolejne dwie godziny stojąc, momentami nawet pływając w tę i z powrotem, ze względu na biegających wciąż do wyjścia pasażerów. Patrząc przez okno widzę jedynie, że mijamy stację, na której powinienem wysiąść. Wywieziono mnie kilka mil dalej i zostałem zmuszony do wydania niemałej kwoty na taksówkę, która wreszcie przetransportowała mnie do mojego motelu. Dodam też, że nikt nikogo nie poinformował o przyczynach wszystkich opóźnień. Rano na szczęście obudziłem się już zdrowy. Opowieść tą dedykuję wszystkim malkontentom, którzy narzekają na warunki naszego rodzimego PKP, twierdząc zawsze, że „takie rzeczy to tylko w Polsce”.

Empire State Building

Empire State Building

NIE-CENTRAL PARK

W Nowym Jorku jedno miejsce mogę nazwać „swoim”. Wracałem do niego tak często jak tylko się dało, a po powrocie do Polski za nim tęsknię najbardziej. Mam na myśli Union Square Park, skrawek zieleni na skrzyżowaniu Broadway’u i E 14th Street.

Union Square Park

Union Square Park

Na deptaku przy parku organizowany jest targ zdrowej żywności. Mieszkańcy stanu Nowy Jork mogą prezentować tu swoje produkty – niemodyfikowaną żywność, wina, wyroby włókiennicze. Kupuję butelkę lokalnego białego, półsłodkiego wina, próbuję kilku owoców, uśmiechnięty przysiadam przy fontannie, obok której stoi posąg Mahatmy Gandhiego. Oglądam Zeckendorf Towers, cztery wieżowce zwieńczone małymi piramidkami. Podziwiam Nowy Jork w najlepszym wydaniu. Żywy, głośny i gęsty.

Po trawnikach biegają sporych rozmiarów wiewiórki. Przy barierkach widnieją jednak tabliczki informujące o zakazie dokarmiania zwierzątek – „karmiąc wiewiórki, karmisz też szczury”. Przekonujący slogan.

W Union Square szukałem duszy Nowego Jorku. Przysiadałem tu na ławce przyglądając się ludziom, słuchając muzyki Johna Coltrane’a i rozmyślając o marzeniu, które udało mi się spełnić. Miasto oglądane zwykle z tak daleka stało się teraz realne, osaczyło mnie i przeniknęło.

Zekendorf Towers

Zekendorf Towers

Spoglądając w oczy Gandhiego zdałem sobie sprawę  z  jednego – Amerykanie uwielbiają pomniki. Oprócz znanego Hindusa w Union Square stoi posąg dumnie spoglądającego na miasto z grzbietu swego konia Jerzego Waszyngtona. Obeliski i tablice upamiętniające bitwy, przywódców i żołnierzy to absolutna norma w krajobrazie każdego skweru w mieście. Spacerując w górę Broadwayu trafiam przed konsulat RP, przy którym stoi pomnik Jana Karskiego, człowieka, który jako pierwszy poinformował aliantów o holokauście.

Kolejny park na trasie wzdłuż Broadwayu robi na mnie równie duże wrażenie. Madison Square Park (nie mylić z Garden, który to jest budynkiem) otoczony jest wyjątkową architekturą.

Z jednej strony Flatiron Building, jedna z najbardziej charakterystycznych budowli w mieście, której nazwa nawiązuje do jej kształtu – „flatiron” to żelazko. Po drugiej stronie parku Met Life Tower zwieńczony charakterystycznym zegarem. W parku pomnik Williama H. Sewarda, człowieka, który wykupił Alaskę od Rosjan. Postać Sewarda na tym wyjątkowym monumencie łatwo pomylić z Abrahamem Lincolnem, z czym wiąże się ciekawa historia: Seward był głównym przeciwnikiem Lincolna do stołka prezydenckiego, a zwycięzca z szacunku do pokonanego postanowił ufundować mu pomnik. Wykonał więc następujący zabieg – wziął własny posąg, kazał ściąć mu głowę i w jej miejsce osadzić podobiznę Sewarda. Dlatego właśnie Seward siedzi w pozycji, w jakiej na pomnikach zwykle przedstawiany jest Abraham Lincoln. W parku znajduje się Shake Shack – restauracja warta polecenia, w której można skosztować naprawdę pysznych shake’ów. Po północnej stronie parku widać dominujący nad miastem Empire State Building.

Flatiron Building

Flatiron Building

Zbaczam nieco na wschód, by odwiedzić kolejny zielony skwer – Gramercy Park. Jest to miejsce o tyle wyjątkowe, że kompletnie niedostępne dla zwiedzających. Park oddzielony jest od ulic wysokim, żeliwnym ogrodzeniem. Klucze do parku posiadają jedynie mieszkańcy otaczających go budynków, a miasto utworzyło nawet funkcję klucznika Gramercy, którego zadaniem jest raz do roku zmienić zamek do bram parku, a klucze rozdać aktualnym, legalnym mieszkańcom okolicy.

Ciekawym obiektem wydaje mi się National Arts Club mieszczący się przy 15 Gramercy Park south. Nieśmiało staję naprzeciwko budynku i pstrykam stąd kilka zdjęć, gdy podchodzi do mnie przemiła starsza pani wyprowadzająca akurat swego psa. Spostrzegając, że jestem nietutejszy pyta mnie o pochodzenie i wrażenia dotyczące miasta. Oznajmia mi także, że wizyta w National Arts Club jest darmowa i śmiało mogę wejść do środka by obejrzeć całą przygotowaną akurat wystawę. A okazuje się, że jest co oglądać. Całe muzeum wyposażone jest w dzieła sztuki sprowadzane tu w czasie kolonizacji – są więc wytwory sztuki wschodnio-azjatyckiej, afrykańskiej, europejskiej. Do tego trwa akurat wystawa prac malarskich wielu nowojorskich artystów.

Deptak przy Hudson River

Deptak przy Hudson River

Wracam na Broadway i kieruję się na Times Square, jeden z głównych placów miasta, o ile „square” można przetłumaczyć jako plac i o ile jakiekolwiek miejsce w tej metropolii można nazwać „głównym”. Pod pomnikiem Father Duffy zebrał się mały tłumek. Jakiś amerykański aktywista stojąc na piedestale przemawiał do przechodniów namawiając do ataku na świat islamski. W jego mniemaniu Ameryka jest niezwykle zagrożona, a jedyną skuteczną obroną będzie prewencyjny atak. Zebrani wokół niego ludzie aktywnie popierali go lub sprzeciwiali mu się. Dziękując za swą prowincjonalność przysiadłem na słynnych czerwonych schodach zaledwie kilka metrów od całego wydarzenia, uznając, że cała sprawa nie do końca mnie dotyczy, a mieszkańcy Stanów niech rozstrzygają to między sobą. W tłumie jeden z przeciwników przemawiającego krzyknął jedno krótkie zdanie, które porwało niemal wszystkich zgromadzonych wokół ludzi, nawet tych, którzy do tej pory nie byli w ogóle zainteresowani zajściem – „all you need is love”. W ciągu kilkunastu sekund zaczęliśmy śpiewać słynny utwór Beatlesów o tym właśnie tytule. Plac, na którym, prawdę powiedziawszy, większa część ludzi to obcokrajowcy, podróżnicy, turyści lub tymczasowi pracownicy – wszyscy oni dali się zjednoczyć piosenką, która skutecznie zagłuszyła nawołującego do wojny jegomościa. Oczywiście nie przestał on mówić, nie przyznał się do żadnej pomyłki. Podobnie jego zwolennicy nie dali się zbić z tropu. Ale przez kilka chwil dało się wyczuć pełną solidarność ludzi z całego świata, dla których wolność i pokój to istotne wartości.

Tribeca

Tribeca

Dwa cheesburgery i wizyta w ogromnym, piętrowym sklepie z komiksami i mogę ruszać dalej. Odwiedzam rejon słynnych teatrów broadway’owskich i nagle dostrzegam coś, przez co niemal przyklękam z wrażenia. Woody Allen w jednoaktówce w reżyserii Johna Turturro. Woody… Tak blisko, a jednak tak daleko. Szybko sprawdzam możliwość zdobycia biletów na najbliższy spektakl ale niestety, nic z tego – kolejny seans odbędzie się, gdy mnie w Nowym Jorku już nie będzie.

W okolicy Midtown warta odwiedzenia jest także katedra św. Patryka (druga, obok tej z Little Italy). Otoczone szklanymi biurowcami sanktuarium przypomina o spokojniejszych czasach miasta. Co ciekawe katedra powstała tutaj, gdy ekspansja Nowego Jorku na wyspę Manhattan dopiero się zaczynała, a kler zdecydował się wybrać tę okolicę ze względu na jej wiejski charakter.

Odwiedzam najsłynniejsze zakątki miasta: Madison Square Garden, Carnegie Hall i Rockefeller Center, gdzie mieści się Radio City Music Hall oraz słynny plac, na którym, obok pozłacanego posągu Prometeusza, co roku stawiana jest największa w USA choinka oraz organizowane jest słynne lodowisko. Obok tego miejsca udaje mi się spełnić kolejne marzenie z dzieciństwa – odwiedzam Lego-sklep. Gdy byłem chłopcem klocki Lego nie były w Polsce taką oczywistością. Pierwszą paczuszkę mama zdobyła dla mnie z Pewexu – było to 5 figurek (legosiów jak sam ich nazywałem) przedstawiających wesołą kompanię Robin Hooda. Dopiero po wielu latach dane mi jest wkroczyć do sklepu, który przed laty był dla mnie wyobrażeniem raju. Całe półki zdobione były wspaniałymi klockowymi budynkami – Gwiazdą Śmierci, Hogwartem, Minas Tirith. Z innych spoglądali na mnie legosiowi Indiana Jones i Jack Sparrow. Choć bardzo mnie kusiło, nie kupiłem sobie żadnego zestawu oszczędzając na wydatki, które bardziej przystoją dorosłym…

Widok z Empire State

Widok z Empire State

Chodząc krawędziami Central Parku odwiedzam Muzeum Historii Naturalnej oraz Metropolitan Museum of Art. Oba z braku czasu i pieniędzy odkrywam raczej pobieżnie. Im bliżej końca pobytu tym bardziej przyspieszam zwiedzanie, wiedząc, że i tak ominę ogrom miejsc, które chciałbym zobaczyć. O ile Statuy Wolności nie odwiedziłem celowo uznając, że główne atrakcje miasta jeszcze kiedyś dane mi będzie zobaczyć, o tyle na północną część Central Parku (pomnik Alicji w Krainie Czarów!) czy Harlem (jak pięknie o 110th Street śpiewa Bobby Womack) po prostu brakło mi czasu.

Żegnam się z miastem wspinając się na taras widokowy Empire State. Uznaję, że panoramę miasta lepiej obejrzeć nocą. Spoglądając na świecące budowle rozmyślam o tym, że czas Nowego Jorku już się dla mnie kończy.

Jadąc metrem na lotnisko JFK żegnałem miasto, które było dokładnie takie jak sobie wyobrażałem. To znaczy różnorodne, nie do opisania, nie do ujednolicenia. Setki moich wyobrażeń w mniejszy lub większy sposób znalazły odzwierciedlenie gdzieś pomiędzy szklanymi wieżowcami. Każda dzielnica przekazuje inną historię, w każdej można znaleźć odbicie problemów miasta, w każdej jest cień tego wyobrażenia, które przywiozłem ze sobą. Miasto, Które Nigdy Nie Zasypia, Wielkie Jabłko, czy po prostu The City. Ostatnia nazwa wydaje mi się wyjątkowo trafna. Nowy Jork nie jest miastem.

Jest Miastem.

Patryk Szymański.

Zachód słońca nad Manhattanem

Zachód słońca nad Manhattanem

 

2 komentarze

  1. Bardzo fajna opowieść, podążę Twoimi śladami już za 3 dni… :-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *