Rumunia jeszcze prawdziwa.

Sześć osób, dwa samochody, jedna butla z gazem. Rumunia przywitała nas, jak to na Rumunię przystało, dość mrocznie. Granicę przekroczyliśmy późnym popołudniem, ulice były już mocno wyludnione. Problemy ze znalezieniem kantoru i lekka obawa czy przed zmrokiem zdążymy dotrzeć do Sapanty, naszego pierwszego celu. Nie chcieliśmy przecież pobłądzić na zdradliwych górskich ulicach północnej części kraju. Pierwsze co rzuciło się w oczy to rozmach z jakim buduje się nowe domy oraz klasa samochodów poruszających się po miastach. Unia Europejskia spadła na Rumunię jak zbawienie, gołym okiem widać było wpływ wszechmocnego euro, jednak sposób w jaki wykorzystywali je Rumuni może razić. Piętrowe pałacyki z wieżyczkami? Mercedesy najwyższej klasy? Ryba zamiast wędki.

Skansen i brama maramurska

Skansen i brama maramurska

MARAMURESZ

Rumunka

Rumunka

Pierwszy wieczór dał nam odczuć prawdziwego ducha Rumunii. Restauracja w Sapancie, malowniczo położona tuż nad rwącą rzeką Cisą, przywitała nas melodyjnymi dźwiękami maramurskiej muzyki ludowej. Zespół pieśni i tańca skocznie przygrywał gdy pierwszy raz próbowaliśmy tutejszej kuchni narodowej – ciorby (rodzaj zupy), mamałygi oraz gołąbków, innych jednak niż te znane z babcinego stołu. Gospodarz hojnie poczęstował nas nalaną do małych glinianych kieliszków zdobionych rumuńskimi, ludowymi wzorami i własnoręcznie pędzoną palinką. Namioty rozbite kilka metrów od brzegu rzeki pod rozłożystą lipą, w powietrzu wyczuwalna burza. Realność przeżyć tego wieczoru pozwoliła nam sądzić, że oto jesteśmy w kraju prawdziwym, szczerym, nie made in china. Jeszcze nie.

Chłodny poranek drugiego dnia przynosi kolejne przeżycia. Na drodze przy polu campingowym przechadza się beztrosko koń. Wolny, niczym nieskrępowany i zupełnie pewny siebie wchodzi na teren namiotowy i zaczyna sobie skubać trawę. Zawstydzony, choć moim zdaniem niepotrzebnie, gospodarz wygania go jedną bramą, lecz ten nic sobie z tego nie robiąc wraca drugą i znów skubie trawkę pomiędzy rozbawionymi „gośćmi z Zachodu”.

Sapanta

Sapanta

Pierwszy cel – Wesoły Cmentarz. Ewenement na skalę europejską, kolorowa nekropolia, na której nagrobkach zamiast uroczystych i patetycznych wspomnień Ioan Partas wyrył żarty na temat życia i śmierci spoczywających pod nimi ludzi. Mamy tu więc wierszyki i obrazki poświęcone tutejszym pasterzom, hodowcom bydła, muzykom ale także lokalnym pijaczkom, których skłonność do alkoholu Partas nie omieszkał wytknąć im gdy sami nie mogli już zaprotestować.

Wokół cmentarza powoli zaczyna rosnąć turystyczny cyrk. Stoiska z lokalnymi wyrobami kulinarnymi i włókienniczymi przedzielone są ladami pokrytymi tandetnymi plastikowymi zabawkami i balonikami. Przed cmentarzem zatrzymują się ogromne busy przepełnione turystami z całej Europy, ubranymi w krótkie spodenki i koszule hawajskie, na szyjach których dyndają drogie aparaty fotograficzne. Magia tego miejsca niedługo pryśnie.

Stary Cmentarz w Sapancie

Stary Cmentarz w Sapancie

Na szczęście w głębi wioski, ukryty przed obiektywami domorosłych fotografów, wyrósł drugi, podobny cmentarz, dziś nieco już zaniedbany, naznaczony jednak atmosferą dzikich rumuńskich gór. Kolorowe krzyże wymieszane są tu ze starymi, spróchniałymi już nagrobkami świadczącymi o pamięci tego miejsca. Zarośnięte i zaniedbane cmentarzysko przypomina jak wyglądały początki Wesołego Cmentarza z centrum wioski. Błądząc po wsi odwiedzamy także dom nieżyjącego już artysty, który zapoczątkował tą nietypową sztukę. Ioan Partas stworzył coś niepowtarzalnego, nie tylko w sztuce ale i w antropologii – zmienił bowiem podejście mieszkańców Sapanty do śmierci, ukazując ją w sposób zabawny, przystępny. Pokazał śmierć jako zjawisko, którego bać należy się z pewnością mniej niż opinii, która pozostaje po zmarłym za sprawą kolorowego nagrobka.

Niechętnie opuszczamy Sapantę i ruszamy w dalszą drogę. Wizyta w Muzeum Komunizmu w miejscowości Sighetu Marmaţiei przypomniała nam jak bliscy są nam mieszkańcy Rumunii, jak wiele z naszych przeżyć doświadczyli także oni. Muezum zorganizowane w starym budynku więzienia, gdzie komuniści w imię Stalina torturowali i mordowali więźniów politycznych robi piorunujące wrażenie. Sala poświęcona polskiej rewolucji, od której zaczął się upadek komunizmu pozwala nam poczuć narodową dumę, która poza granicami państwa zawsze jest nieco wyolbrzymiona. Pośród rumuńskich odwiedzających możemy poczuć się wywyższeni. To dzięki nam, naszym ojcom, także rumuński naród może cieszyć się dziś wolnością.

Dziewczyna w stroju ludowym

Dziewczyna w stroju ludowym

Ruszamy dalej, Maramuresz z pewnością skrywa przed nami jeszcze kilka tajemnic. Mamy szczęście podróżować w niedzielę, dzięki czemu dane nam jest podziwiać zmierzające do cerkwi kolorowe korowody odzianych w  stroje ludowe mieszkańców tutejszych wsi. Kolejny przystanek to skansen, dzięki któremu możemy porównać dzisiejszą Rumunię z tą dawną. Odkrywamy, że aż tak wiele się nie zmieniło. Niektórym udało się zamienić drewniane bale na cegłę, innym żywe konie na te mechaniczne, jednak całokształt pozostał ten sam. Charakterystyczne drewniane bramy maramurskie po dziś dzień zdobią wejścia na podwórka i są powodem do dumy mieszkańców regionu. Z jednej strony uroda kraju opiera się na jego drewnianej zabudowie, z drugiej jednak uderza bieda i skromne warunki, w jakich żyją Rumuni. Pięknie wychodzą zdjęcia podpruchniałych drewnianych chat, koni ciągnących furmanki, które z naszego, polskiego krajobrazu zniknęły już dwadzieścia lat temu. Zdjęcia świetne, ale czy wypada? Ten drewniany dom to przecież tortura dla jego mieszkańca. Jak komicznie wyglądają przy tym samochody marek Mercedes czy BMW zaparkowane w drewnianych garażach lub prowizorycznych foliówkach.

Odwiedzamy Barsanę, gdzie znajduje się kompleks drewnianych cerkwii wpisany na listę dziedzictwa UNESCO. W tej części kraju znajduje się jeszcze siedem podobnych miejsc, brakuje nam jednak czasu na odwiedzenie ich wszystkich. Tego samego dnia chcemy przekroczyć Karpaty Wschodnie by dotrzeć do Bukowiny, gdzie znajduje się jeden z istotniejszych celów naszej wyprawy – polskie wioski.

Barsana

Barsana

Droga znów nie szczędzi nam niespodzianek. Ulica zaczyna wić się serpentynami. Granicę pomiędzy Maramuresz, a Bukowiną przekraczamy na przełęczy Prislop, miejscu, które zaskakuje nas po raz kolejny. Po stromym podjeździe trafiamy na wzgórze, którego nie opisuje żaden z naszych przewodników – przełęcz Prislop właśnie. Uroczy kościółek na szczycie wzniesienia, drewniany znak graniczny, kilka stoisk i wejścia na szlaki górskie. Zatrzymujemy się spontanicznie by sprawdzić co to za miejsce i zrobić kilka zdjęć. Dopiero po powrocie do Polski google mówi nam, że mieliśmy do czynienia ze stykiem dwóch regionów. Ta okolica zawsze była granicą. Przed rozbiorami niedaleko przebiegała linia pomiędzy Rzeczpospolitą, Węgrami i Mołdawią, a po Pierwszej Wojnie Światowej Polską, Czechosłowacją i Rumunią. Granica, tak niezwykle ważna dla rodzaju ludzkiego, tutaj wzmacnia swoje znaczenie. Pojęcie niezmiernie ważne, które u progu XXI wieku zaczęło zmieniać znaczenie. Człowiek zawsze wytycza sobie granice czy to geograficzne czy mentalne. Jednak to na pograniczu właśnie, termin ten najbardziej się rozpływa, bo przecież gdzie jeśli nie przy samej granicy różnice czy to kulturowe czy językowe zacierają się najmocniej? Będąc w Rumunii, jedziemy odwiedzić polską mniejszość narodową, która być może więcej już ma wspólnego z Ukrainą niż Polską.

Znak graniczny na przełęczy Prislop

Znak graniczny na przełęczy Prislop

BUKOWINA

Pierwsze doświadczenie na Bukowinie – natrafiamy na cygańską osadę w głębi gór. Pośrodku niczego grupa Romów skleciła prowizoryczne domki z gałęzi, folii i kto wie czego jeszcze. Przerażające, że ci ludzie żyją w takich warunkach, choć zdaje się, że to tylko ich letnia siedziba. Zła opinia na temat mniejszości romskiej każe nam się nie zatrzymywać, choć mieszkańcy widząc nasze zaskoczenie machają do nas i uśmiechają się przyjaźnie. Dyskusja na temat tego co widzieliśmy trwa długo – może to obóz drwali, którzy latem prowadzą wyrąb gdzieś w tej okolicy? Ale co w takim razie robiły tam dzieci i kobiety? Nikt nie chce przyznać wprost – oglądaliśmy najwyższego rodzaju nędzę. Wymiar biedy tak dużej, że aż zmuszającej do milczenia.

Cygański obóz

Cygański obóz

Tuż przed wieczorem docieramy do Kaczyki, ta jednak okazuje się niegościnna – w Domu Polskim brakuje już miejsc noclegowych. Musimy szybko dotrzeć do Nowego Sołońca, drugiej z pięciu polskich wsi na Bukowinie, być może ona będzie bardziej łaskawa. Udało się choć połowicznie – Dom Polski nie może nas przyjąć, bo właśnie obchodzone są w nim chrzciny, możemy jednak dowolnie korzystać z łazienki, a na łące za domem postawić swoje namioty. Polacy pojawili się w tym regionie około 350 lat temu, gdy zaborcy austriaccy przesiedlili tu górników soli z okolic Krakowa, by zajęli się wydobywaniem tego surowca na krawędzi Karpat Wschodnich. Ich potomkowie okazują się wielce gościnni, chętnie opowiadają nam o swojej historii, dumnie podkreślając polskie korzenie. Miejscowa młodzież chwali nam się znajomością hymnu polskiego, starsi wspominają, że drogę we wsi ufundował prezydent Kwaśniewski. W twarzach mieszkańców da się zauważyć zamiłowanie do alkoholu. Choć większość tutejszych płynnie używa języka polskiego, można wyczuć w nim pewną anachroniczność, a nawet mocną nutę naleciałości ukraińskich. Kilku nastolatków opowiada nam chętnie o typowym, wiejskim życiu codziennym – szkoła, praca, alkohol, weekendowe potańcówki i bijatyki. Marzeniem kilku z nich jest zacząć studia w Polsce, mniejszość polska co roku wysyła dziesięciu swoich najlepszych uczniów na polskie uczelnie do Wrocławia lub Krakowa.

Łąka w Nowym Sołońcu

Łąka w Nowym Sołońcu

Kolejnego dnia odwiedzamy kopalnię soli w Kaczyce, nieczynną już, służącą dziś jako muzeum. Znajdujące się pod ziemią kaplica świętej Barbary, sala balowa, podziemne jezioro oraz boisko piłkarskie robią duże wrażenie. Krótki mecz piłki nożnej rozegrany 75 metrów pod ziemią to niezapomniane przeżycie. Wszystkie drewniane elementy w kopalni posmarowane są ropą naftową, ma służyć to osłabieniu niszczącego wpływu soli na drewno – skutkuje to jednak bólem głowy odczuwanym przez wszystkich już po pięciu minutach. Dodatkowo przesiąknęliśmy przykrym zapachem nafty na najbliższych kilka godzin.

Z Kaczycy jedziemy do Suczawy, by odwiedzić cerkiew Św. Jerzego. Średniowieczna budowla otoczona jest wysokim murem, a drewniana brama zamknięta na trzy spusty. Przekonani, że odejdziemy z niczym kierowaliśmy się już w stronę aut lecz z podwórza zawołała nas opiekunka obiektu. Używając francuskiego i angielskiego oprowadziła nas po wnętrzu budowli, w której powietrzu czuć było aurę wieków. Miła atmosfera pomiędzy nami, fakt, że byliśmy w tym momencie jedynymi zwiedzającymi, sprawiły, że kustoszka postanowiła pokazać nam miejsce, które nie jest przeznaczone dla oczu wszystkich turystów – tajne pomieszczenia, gdzie księża ukrywali się podczas lokalnych wojen i gdzie trzymali swoje skarby. Dziś tajne schowki służą do przetrzymywania eksponatów, na które zabrakło miejsca w przestrzeni samej cerkwi.

Nowy Sołoniec

Nowy Sołoniec

Z Bukowiny kierujemy się na wschód, w stronę morza. Po drodzę odwiedzamy jeszcze jedno miejsce – kolorową cerkiew w Humorze. W całym regionie jest kilka miejsc tego typu, mołdawskich monastyrów w środku i na zewnątrz pokrytych malowidłami w stylu mołdawskim. Dziś brak środków na renowacje sprawia, że budynki marnieją, jednak jako wpisane na listę dziedzictwa UNESCO z pewnością mają widok na lepsze dni. Przywitani po polsku czujemy się swobodniej, choć dziewczyny zostały zrugane za to, że chciały wejść na teren monastyru z odsłoniętymi nogami – zakonnica wyposażyła je w chusty, którymi musiały się zasłonić.

Zbiory arbuzów w Dobrudży

Zbiory arbuzów w Dobrudży

DOBRUDŻA

Po całym dniu podróży i po niewielkiej awarii samochodu (warto tankować na sprawdzonych stacjach paliw), w upale sięgającym czterdziestu stopni Celsjusza, przyglądając się po drodze rolnikom pracującym przy zbiorach arbuzów , docieramy do Dobrudży, regionu leżącego nad Morzem Czarnym. Głównym ośrodkiem jest tutaj Constanta, największe miasto portowe regionu, słynące z luksusowej dzielnicy o nazwie Mamaia i piaszczystej, kilkukilometrowej plaży. Rumuni są bardzo dumni ze swych historycznych koneksji ze starożytnym Rzymem. Nad morzem da się to odczuć szczególnie. Spoglądając na morski horyzont można wyobrażać sobie jak greckie i tureckie okręty handlowe wpływały w zatokę lub też jakim strachem przepełnieni byli mieszkańcy, gdy widzieli obce floty nadciągające ze wschodu.

Wieczorami na plażach roi się od bezpańskich psów, tutejsi mieszkańcy jednak nic sobie z tego nie robią więc i my postanowiliśmy się tym nie przejmować. Kilka sympatycznych kundli zdążyło się nawet z nami zaprzyjaźnić. Spacerując po plaży byliśmy świadkami niezwykłego zjawiska – fale wyrzucały na brzeg bardzo malutkie, świecące meduzy, które zostając na piasku – gasły. Krawędź morza wyglądała jak czarne nocne niebo pokryte jarzącymi się punkcikami. Widok gasnących gwiazdek był widokiem niezwykle urodziwym, a jednocześnie smutnym – meduza umiera w niesamowicie widowiskowy sposób.

Kilka dni spędzonych nad morzem pozytywnie ładuje nas energią. Wszyscy wiemy, że czeka nas ciężki, polski, zimny rok, dlatego staramy się chłonąć każdy promień słońca, każdy podmuch ciepłego morskiego wiatru.

WOŁOSZCZYZNA I TRANSYLWANIA

Przed nami daleka droga. Chcemy dotrzeć do gór Fogaraskich i przekroczyć je słynną trasą transfogaraską. Jednego dnia musimy pokonać kilkaset kilometrów, minąć niemal całą Wołoszczyznę i po drugiej stronie gór przywitać Siedmiogród. Znad morza zabieramy parę polskich studentów, podróżujących przez Rumunię autostopem. Na obcej ziemi trzeba sobie pomagać. Polak Polakowi wilkiem, jednak na obczyźnie zawsze da się odczuć sympatię od i do rodaków – wiadomo, im człowiek bardziej odizolowany, bardziej samotny, tym mocniej szuka kontaktu z bratnią duszą, nawet jeżeli tą braterskością jest jedynie wspólne pochodzenie. Po Polaku przynajmniej wiesz, czego się spodziewać.

Poienari

Poienari

Późnym wieczorem docieramy do Curtea de Arges, gdzie mamy problem ze znalezieniem noclegu. Po kilku pustych przejażdżkach po mieście udaje nam się natrafić na sympatyczny choć kiczowaty motelik. Jaskrawo różowe ściany próbują podpowiedzieć nam jakim klientom najczęściej służą te pokoje. W telewizji rumuńskojęzyczny eurosport transmituje letnie grand prix w skokach narciarskich. Małysz pierwszy, Stoch drugi, pięciu Polaków w pierwszej dziesiątce.

Rano następnego dnia wjeżdżamy na Trasę Transfogaraską od południa. Z tej strony gór czeka na nas kilka ważnych przystanków. Pierwszym z nich jest Poienari – jedyna prawdziwa siedziba Vlada Tepesa, znanego światu jako Vlad Dracul. Krótka wspinaczka (1480 stopni) i jesteśmy u stóp zamku. W bramie wita nas… wielki czarny pies. Prawdopodobnie jest to sam Drakula pilnujący wciąż swej twierdzy pod tą mroczną postacią. Dziś Poienari to ruina, wszystko za sprawą Brama Stokera, który akcję swej słynnej książki, a więc siedzibę Vlada Palownika, przeniósł do Bran, Poienari pozostawiając na pastwę wyniszczającego czasu.

Jezioro Vidraru

Jezioro Vidraru

Zapora na rzece Ardżesz i jezioro Vidraru – kolejne punkty godne uwagi na szosie transfogaraskiej. Dużych rozmiarów zalew pomiędzy górskimi zboczami robi naprawdę wspaniałe wrażenie. Okalające go kręte uliczki sprawiają, że przez dłuższy czas nie jesteśmy w stanie przekroczyć 40 km/h. Daje nam to czas na podziwianie jeziora, które cały czas znajduje się po naszej lewej stronie.

Im dalej, tym wyżej. Trasa Transfogaraska w swoim najwyższym punkcie osiąga 2034 m, a przekracza Fogarasze pomiędzy dwoma najwyższymi szczytami Rumunii – Moldoveanu i Negoiu. Kilkakrotnie zatrzymujemy się by zaczerpnąć górskiego powietrza i podziwiać niesamowite widoki najwyższego pasma rumuńskich Karpat. Słynną szosę wybudowano w latach 1970-74 na rozkaz Ceausescu. Miała być demonstracją technologicznej siły Rumunii. Podczas jej budowy zużyto sześć milionów kilogramów dynamitu, czterdziestu żołnierzy straciło życie.

Trasa Transfogaraska Południe

Trasa Transfogaraska Południe

Na północną stronę gór przejeżdża się najdłuższym tunelem w Rumunii (884 m). Zaraz za nim znajduje się ogromny parking, stoiska z regionalnymi wyrobami – wędliną, palinką, serami – oraz „taras” widokowy, z którego podziwiać można krętą ścieżkę północnej części trasy.

Na wysokości około dwóch kilometrów nad poziomem morza wyciągamy z bagażnika piłkę. Na ciasnej uliczce rozgrywamy krótki mecz dzięki temu wpisując na listę swoich wspomnień grę w futbol w być może najwyższym dostępnym miejscu w Rumunii. Dodając do tego grę w kopalni soli w Kaczyce na głębokości blisko osiemdziesięciu metrów pod ziemią nadajemy naszej podróży nowy sens. Grając snujemy plany na przyszłość – może teraz wypadałoby pojechać na najdalej wysunięty na północ punkt w Europie i tam zagrać? Może kiedyś objąć tym pomysłem inne kontynenty? Wszędzie zabierać ze sobą piłkę. Kto wie, być może kiedyś uda nam się zrealizować te plany.

Trasa Transfogaraska Północ

Trasa Transfogaraska Północ

Zjeżdżając w dół podziwiamy wyjątkowe krajobrazy. Przyglądamy się stadom owiec wypasających się przy drogach i nie zwracających w ogóle uwagi na turystów. U stóp gór wkraczamy w najmroczniejszy teren Rumunii, opętaną przez samego diabła Transylwanię.

Bran. Na nocleg wybieramy miejsce o wiele mówiącej nazwie Vampire Camping. Holender będący jego właścicielem wita nas próbując powiedzieć parę słów po polsku. Dodaje, że w tym roku jest u niego mnóstwo Polaków. „W Polsce nie ma kryzysu” podsumowuje krótko. I faktycznie, spotykamy grupy polskich podróżników planujących wakacje spędzić w rumuńskich górach. Wymieniamy informacje – gdzie kto był, co jest warte polecenia, czego unikać.

Trasa Transfogaraska

Trasa Transfogaraska

Bram Stoker akcję swojej powieści osadził właśnie w Bran (być może ze względu na swoje imię, podobnie brzmiące do nazwy miasta). Żadne jednak źródła nie podają jakoby Vlad Palownik miał kiedykolwiek mieszkać właśnie tutaj. Zamek Bran powstał jako tzw. zamek chłopski, na skutek czegoś co dziś nazwalibyśmy inicjatywą społeczną. Okoliczni mieszkańcy postanowili ufundować sobie twierdzę, w murach której chroniliby się przed licznymi w owych czasach najazdami Turków.

Sam Stoker tak oto opisywał siedzibę Drakuli: „Cóż za wspaniały widok! Zamek znajduje się na samej krawędzi okropnej przepaści. Kamień rzucony w dół przeleci tysiąc stóp, zanim uderzy o ziemię! Jak okiem sięgnąć rozciąga się zielone morze drzew, poprzecinane w miejscach, gdzie ziemia gwałtownie zapada się tworząc urwiska”.

Dumą przepełnia nas fakt, że postacią, która odegrała istotną rolę przy budowie zamku w tym miejscu jest Ludwik Węgierski, król Polski w latach 1370-1382. To właśnie on zezwolił na odbudowę tej twierdzy w 1377 roku. Wokół zamczyska zdążył już wyrosnąć duży ruch turystyczny. Całe miasto wypełnione jest restauracjami, pensjonatami, placami targowymi z lepszej lub gorszej jakości upominkami. Udaje nam się nabyć kilka butelek rumuńskiego wina, chwalonego przez wszystkich znawców tego trunku, a jednocześnie dość mocno pomijanego we wszystkich istotnych zestawieniach. Dowiadujemy się też, że rumuńskie wino jest jednym z kluczowych produktów eksportowych tego kraju, nie przekłada się to jednak na wyjątkowy dobrobyt tutejszych winiarzy. W sklepie wpadamy w językową zasadzkę. Prosimy o wino Vita Romaneasca, pomijając fakt, że przy literce T jest ogonek, przez co „Vița” czyta się jak „Vica”. Słowo „Vita” oznacza bowiem…krowę.

Zamczysko w Bran

Zamczysko w Bran

Spędzamy w Bran jeszcze jedną noc licząc na to, że nikt nie zostanie ukąszony przez wampira i nie przeistoczy się w nosferatu. Następnego dnia odwiedzamy Braszów nazywany rumuńskim Krakowem. Mimo pięknej zabudowy i uroczych małych uliczek nie robi na nas tak dużego wrażenia. Być może dlatego, że przypomina nam właśnie Kraków, niczym szczególnym nas więc nie zaskakuje. W oczy rzuca się natomiast kolejny pomnik wilczycy karmiącej Remusa i Romulusa. Niemal każde większe rumuńskie miasto posiada monument podkreślający powinowactwo Rumunii z Dacją, prowincją rzymską leżącą kiedyś na tym terenie, a sami mieszkańcy chętnie o tym pokrewieństwie wspominają. Rumunia i Włochy należą przecież do tej samej – romańskiej – grupy językowej.

Kościół warowny w Viscri

Kościół warowny w Viscri

Wszystkie źródła wyraźnie polecają odwiedzić któryś z siedmiu słynnych kościołów warownych. Wybieramy Viscri i jak się okazuje traf ten był najlepszym z możliwych. Odcięta od świata wieś, do której dojeżdżamy piaszczystą drogą, jako całość wpisana jest na listę dziedzictwa UNESCO. Małe ceglane domki, drewniane dobudówki oraz górująca nad tym wszystkim warownia są jednym z najlepszych miejsc jakie odwiedzamy podczas naszej podróży. W drzwiach kościoła wita nas starsza kobieta, która całkiem biegle posługuje się angielskim i niemieckim. Po zakupie biletów mamy pełny dostęp do zwiedzania twierdzy. Drewniane barbakany i ciasne schody prowadzące do małych wieżyczek strzelniczych przypominają nam czasy świetności tego miejsca, obrazują jak musiała wyglądać obrona tak mocnej twierdzy.

Miejscowość ta szczyci się tym, że posiadaczem jednego z budynków we wsi jest sam Książę Karol, który w latach 90. odwiedził Viscri. Pośród starych fotografii w przestrzeni muzealnej warowni zauważamy jedno, na którym brytyjski następca tronu stoi przy uśmiechniętej kobiecie, w której rozpoznajemy staruszkę – kustoszkę tego miejsca. Magia Viscri długo jeszcze będzie w nas tkwić.

Viscri

Viscri

Wyruszamy dalej. Tę noc chcemy spędzić w Sighisoarze, jednym z najpiękniejszych miast Rumunii i zarazem przedostatnim punktem naszej wycieczki. Do celu docieramy wieczorem, po znalezieniu noclegu nie mamy więc już czasu czegokolwiek zwiedzić. Rano wyruszamy by odkryć dla siebie to XII wieczne miasto.

Centrum Sighisoary – znajdujący się na wzgórzu rynek – jest idealnie zachowanym średniowiecznym grodem. Duch wieków jest tu odczuwalny na każdym kroku. Klimatyczne restauracje, sklepy z antykami. Natrafiamy na winnicę Teo Coroiana, której właściciel częstuje nas swoimi wyrobami. Udaje nam się tu zapoznać niezwykłych ludzi – amerykańskie małżeństwo z Kalifornii. Kobieta należy do organizacji Lekarze Bez Granic i bardzo chętnie opowiada nam o swoich podróżach. Mężczyzna natomiast mieszka w Nowej Zelandii, a pracuje jako nauczyciel angielskiego w różnych miejscach świata, między innymi w… Namysłowie w województwie opolskim. Świat jest mniejszy niż mogłoby się wydawać.

W Sighisoarze odwiedzamy także szkołę leżącą na samym szczycie wzgórza zamkowego. Prowadzą do niej słynne, liczące 175 stopni, zadaszone schody. Cały zabytkowy kompleks Sighisoary zawdzięczają Rumuni Niemcom. To Sasi wybudowali to miejsce i to Niemcy dbają o nie dzisiaj – inwestują w odnowę zabytków tego terenu. Sama Rumunia jest krajem jeszcze zbyt biednym, by za priorytet uznawać ochronę dóbr kulturalnych.

Wieża Zegarowa w Sighisoarze

Wieża Zegarowa w Sighisoarze

Punktem charakterystycznym tego miasta jest wznosząca się nad nim wieża zegarowa. Mierząca 64 metry wysokości, powstała w 1556 roku budowla pojawia się niemal na wszystkich pocztówkach, pamfletach, mapkach turystycznych tego regionu. Po ulicach przechadzają się heroldowie, którzy w różnych językach witają odwiedzających, nadając miejscu jeszcze bardziej średniowieczny klimat.

W Sighisoarze nie udaje nam się odpędzić od wszechobecnych w Transylwanii wampirów. To właśnie w tej miejscowości, w małym mieszkaniu na poddaszu jednej z kamienic na rynku, przyszedł na świat wspominany już nieraz Vlad Tepes. Casa Dracula to dziś restauracja, która oprócz mrocznego wystroju serwuje również dania, jakimi z pewnością nie pogardziłby sam Palownik.

Mimo, iż nie odwiedziliśmy wielu miast Rumunii, omijając nawet Bukareszt, wyjeżdżamy z Sighisoary przekonani, że jest to najpiękniejsze miasto tego kraju. Widok rozpościerający się ze wzgórza zamkowego jest niezwykle malowniczy. Czerwone dachówki domków ukrytych pomiędzy zalesionymi wzgórzami noszą w sobie aurę wieków.

Wyruszamy do Kluż-Napoki przekonani, że swoją podróż staraliśmy się wypełnić najlepiej jak się dało. Jedno z największych miast kraju oraz nieformalna stolica Siedmiogrodu wita nas widokiem swojej panoramy. Zabytkowe centrum miasta pozwala nam podziwiać teatry, operę, kościoły różnych wyznań. I oczywiście pomnik Wilczycy kapitolińskiej. To miasto jak żadne inne daje do zrozumienia, że Rumuni i Dakowie to ta sama nacja. Drugi człon nazwy miasta, Napoka, to nazwa obozu założonego w tym miejscu w II wieku n.e. przez rzymskich legionistów. Napoka została zniszczona jednak w jej pobliżu założono miasto w XII wieku. Dzisiejsi Rumuni chętnie wracają do swych rzymskich tradycji.

Sighisoara

Sighisoara

Kluż jest miastem wielokulturowym. W swojej historii należał do Węgrów, zasiedlany był przez Niemców, okresowo będąc wielkim skupiskiem mniejszości żydowskiej, nie brakuje tu oczywiście także Romów. Mieszanina kulturowa zawsze wpływa na różnorodność oraz mozaikowość.

Rumunię pożegnaliśmy pełni miłych i intensywnych wspomnień. Ilość wrażeń oraz ich zróżnicowanie pozwala nam sądzić, że swoją podróż wykorzystaliśmy w pełni.

Patryk Szymański

Mieszkańcy Viscri

Mieszkańcy Viscri

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *